To nie zazdrość, to kobieca złość

To nie zazdrość, to kobieca złość

Je­steś na im­pre­zie. Twój chło­pak ewi­dent­nie bar­dziej in­te­re­su­je się in­ny­mi dziew­czy­na­mi niż Tobą. Wdaje się z nimi w roz­mo­wy, dow­cip­ku­je, na par­kie­cie roz­ta­cza przed nimi swój pawi ogon. Co wtedy czu­jesz? Idziesz ze swoim part­ne­rem ulicą i kątem oka do­strze­gasz, że jego uwaga sku­pia się na nie na roz­mo­wie z Tobą, a na prze­cho­dzą­cych dziew­czy­nach i ich od­waż­nie od­sło­nię­tych no­gach. Jak re­agu­jesz? Przez przy­pa­dek od­kry­wasz w jego te­le­fo­nie fry­wol­ny SMS: „go­rą­ce po­zdro­wie­nia od two­jej ko­tecz­ki”. Gdy pro­sisz o wy­ja­śnie­nie, zbywa Cię, oskar­ża­jąc przy tym o po­gwał­ce­nie jego pry­wat­no­ści. Ja­kich do­świad­czasz emo­cji? Part­ner Cię zdra­dził. Nie­waż­ne, jak to wy­szło na jaw – czy sama się o tym do­wie­dzia­łaś, czy skru­szo­ny sam się do tego przy­znał. Jak się z tym czu­jesz?

Na­zy­wa­ją to za­zdro­ścią. Z prze­ra­że­niem od­kry­wam, że w wielu pu­bli­ka­cjach i wy­po­wie­dziach osób uwa­ża­nych za au­to­ry­te­ty w psy­cho­lo­gii, czy psy­cho­te­ra­pii po­ja­wia się stwier­dze­nie, że za­zdrość jest uczu­ciem złym, nie­ade­kwat­nym, a za­zdro­sna ko­bie­ta po­win­na jak naj­szyb­ciej udać się do spe­cja­li­sty. Od­czu­wa­nie za­zdro­ści do­wo­dzi bo­wiem jej ni­skie­go po­czu­cia wła­snej war­to­ści, prze­wraż­li­wie­nia, uwy­pu­kla jej ne­ga­tyw­ną cechę, jaką jest za­bor­czość, chęć po­sia­da­nia uko­cha­ne­go męż­czy­zny na wła­sność. Nie po­tra­fię się z tym zgo­dzić.

Po­mi­ja­jąc bar­dzo wąski mar­gi­nes nisz­czą­cej – ko­bie­tę, jej part­ne­ra i w kon­se­kwen­cji ich zwią­zek – za­zdro­ści ob­se­syj­nej, uwa­żam, że to, co w opi­sa­nych tu przy­pad­kach ko­bie­ta zwy­kle od­czu­wa, nie jest wcale za­zdro­ścią a zło­ścią. Pod­sta­wo­wym na­rzę­dziem, w które wy­po­sa­ży­ła nas na­tu­ra, po­zwa­la­ją­cym na obro­nę wła­snych gra­nic. Po­zba­wie­nie się prawa do zło­ści przy­po­mi­na dra­stycz­ny za­bieg wy­rwa­nia przez ko­bie­tę jej kłów i na ich miej­sce wsta­wie­nia sztucz­nej szczę­ki. Olśnie­wa­ją­cy uśmiech, jaki dzię­ki temu zy­sku­je czyni z niej bez­wol­ną isto­tę z te­le­wi­zyj­nych re­kla­mó­wek. Wtła­cza w rolę asek­su­al­nej go­spo­dy­ni do­mo­wej, za­chwy­ca­ją­cej się prosz­kiem do pra­nia naj­now­szej ge­ne­ra­cji albo zmy­sło­we­go wampa, te­stu­ją­ce­go ko­lej­ny ko­sme­tyk gwa­ran­tu­ją­cy wiecz­ną mło­dość. Choć po­zor­nie ko­bie­ty te po­cho­dzą z róż­nych świa­tów, w rze­czy­wi­sto­ści są do sie­bie bar­dzo po­dob­ne. Na­sta­wio­ne na za­spo­ka­ja­nie mę­skich po­trzeb i ocze­ki­wań, po­zba­wio­ne kłów, za­tra­ci­ły swój sa­mo­za­cho­waw­czy in­stynkt, chro­nią­cy je przed tym, co im za­gra­ża, ha­mu­je roz­wój, czyni przed­mio­tem w mę­skich rę­kach.

W jed­nym z po­pu­lar­nych ko­bie­cych mie­sięcz­ni­ków na­tknę­łam się nie­daw­no na ar­ty­kuł po­świę­co­ny ko­bie­cej za­zdro­ści. Koń­czy­ło go stwier­dze­nie, że oglą­da­nie się męż­czyzn za in­ny­mi ko­bie­ta­mi jest ich od­ru­chem bez­wa­run­ko­wym, czyli ab­so­lut­nie nie pod­le­ga­ją­cym kon­tro­li. A skoro tak jest, skoro męż­czyź­ni po pro­stu „tak mają”, nie po­win­ny­śmy się tym przej­mo­wać, za­ak­cep­to­wać to, uznać, że taka jest już ich na­tu­ra. Nie bun­to­wać się, a przy­sto­so­wać, pod żad­nym po­zo­rem nie robić scen za­zdro­ści, bo po­ka­że­my tym samym, że to my mamy pro­blem.

Kie­dyś w au­dy­cji ra­dio­wej znana psy­cho­te­ra­peut­ka zwie­rza­ła się, że gdy jej part­ner za­chwy­ca się pięk­nym biu­stem prze­cho­dzą­cej obok mło­dej laski, ona robi to razem z nim. Sław­ny mistrz wschod­niej du­cho­wo­ści za­le­ca ko­bie­cie, aby cie­szy­ła się szczę­ściem part­ne­ra, gdy ten po­sta­no­wił oddać się ucie­chom cie­le­snym z inną ko­bie­tą. Nie­któ­rzy sek­su­olo­dzy o zna­nych na­zwi­skach radzą, że kiedy nasz uko­cha­ny ma­stur­bu­je się przy por­no­gra­fii, czas naj­wyż­szy do­strzec, ja­kich to jego po­trzeb sek­su­al­nych nie za­spo­ka­ja­my, obej­rzeć film razem z nim i potem w łóżku na­śla­do­wać za­cho­wa­nia bo­ha­ter­ki. Gdy za­uwa­ży­my, że męż­czy­zna, z któ­rym je­ste­śmy w związ­ku jest no­to­rycz­nym flir­cia­rzem, ma ro­mans, czy też cha­dza do agen­cji to­wa­rzy­skiej, po­win­ny­śmy prze­ana­li­zo­wać swoje błędy, z po­ko­rą po­sy­pać sobie głowę po­pio­łem i z jesz­cze więk­szą żar­li­wo­ścią sta­rać się, by w związ­ku było mu do­brze – ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem sfery sek­su­al­nej oczy­wi­ście.

Mnó­stwo ma­te­ria­łu edu­ka­cyj­ne­go znaj­dzie­my zresz­tą w nie­mal każ­dej ko­bie­cej ga­ze­cie. To, że nasz uko­cha­ny po­trze­bu­je in­nych ko­biet jest za­wsze naszą winą, widać dotąd nie­wy­star­cza­ją­co się sta­ra­ły­śmy albo mar­nie je­ste­śmy wy­edu­ko­wa­ne. Jasno okre­śla to w swoim po­rad­ni­ku inna pol­ska psy­cho­te­ra­peut­ka, pro­wa­dzą­ca od lat warsz­ta­ty roz­wo­ju oso­bi­ste­go dla ko­biet. Jeśli part­ner cię zdra­dził, Ty też je­steś za to od­po­wie­dzial­na. Zdra­da za­wsze sy­gna­li­zu­je, że w związ­ku coś zgrzy­ta, a zwią­zek two­rzą prze­cież dwie osoby…

Je­stem od­mien­ne­go zda­nia. Nie mam naj­mniej­sze­go za­mia­ru brać na sie­bie winy za za­cho­wa­nia part­ne­ra ani za jego zdra­dę. Tak, zwią­zek, czy re­la­cję two­rzą dwie osoby i od obu za­le­ży, jaka ta re­la­cja bę­dzie. Ale gdy coś się nie ukła­da, za­wsze jest prze­strzeń na roz­mo­wy, wy­ra­że­nie swo­ich po­trzeb, próby wza­jem­ne­go do­pa­so­wa­nia się, a gdy te okażą się bez­owoc­ne – na roz­sta­nie. A zwy­kle są one bez­owoc­ne, gdy męż­czy­zna nie pa­nu­je nad swoim sek­su­al­nym po­pę­dem, gdy – wła­śnie – trak­tu­je go jako bez­wa­run­ko­wy od­ruch, nie pod­le­ga­ją­cy kon­tro­li. A także gdy musi nie­ustan­nie po­twier­dzać swoją mę­skość po­przez zdo­by­wa­nie in­nych ko­biet, bo bez nich i bez oka­zy­wa­ne­go mu za­in­te­re­so­wa­nia, męż­czy­zną się nie czuje.

Popęd sek­su­al­ny jest in­stynk­tem, w który ob­da­rzy­ła nas na­tu­ra, aby­śmy prze­trwa­li jako ga­tu­nek. W od­róż­nie­niu jed­nak od zwie­rząt je­ste­śmy isto­ta­mi z wy­bit­nie roz­wi­nię­tą korą mó­zgo­wą – mamy przez to wolną wolę, mo­że­my do­ko­ny­wać wy­bo­rów i nad swoim po­pę­dem sek­su­al­nym pa­no­wać. I nie jest praw­dą, że tylko męż­czyź­ni od­czu­wa­ją popęd sek­su­al­ny, my – ko­bie­ty – też. Nie­ste­ty, wciąż czę­sto my­li­my go z emo­cjo­nal­ną bli­sko­ścią, „mo­ty­le w brzu­chu” utoż­sa­mia­my z za­ko­cha­niem, z mi­ło­ścią, która łączy aż po grób. U męż­czyzn sfera sek­su­al­na i emo­cjo­nal­na są naj­czę­ściej wy­raź­niej roz­dzie­lo­ne.

Ale nie­za­leż­nie od róż­nic mię­dzy płcia­mi (które zresz­tą uwa­run­ko­wa­ne są nie tylko przez czyn­ni­ki ge­ne­tycz­ne, ale i kul­tu­ro­we) to od nas, ko­biet, za­le­ży, na jakie mę­skie za­cho­wa­nia się go­dzi­my, na jakie nie. Od nas też za­le­ży, czy wy­bie­ra­my mo­no­ga­mię jako spo­sób na funk­cjo­no­wa­nie w re­la­cjach dam­sko-mę­skich, czy też wza­jem­ną wier­ność uzna­je­my za prze­ży­tek. Śmiem jed­nak twier­dzić, że pod po­zo­ra­mi sek­su­al­ne­go wy­zwo­le­nia, zgody na pro­mi­sku­ityzm, ko­bie­ty go­dzą­ce się na za­spo­ka­ja­nie przez part­ne­ra po­trzeb sek­su­al­nych poza ich wspól­nym łożem, skry­wa­ją lęk, że gdy od­wa­żą się po­ka­zać mu kły, on je zo­sta­wi i odej­dzie do innej. Skry­wa­ją też nie­zre­ali­zo­wa­ne ma­rze­nie o związ­ku, w któ­rym seks jest wy­ra­zem łą­czą­cej je z part­ne­rem bli­sko­ści, ma­rze­nie o re­la­cji z doj­rza­łym męż­czy­zną, po­tra­fią­cym za­rzą­dzać swoim sek­su­al­nym po­pę­dem a nie wiecz­nym Pio­tru­siem Panem, któ­re­go cała mę­skość spro­wa­dza się do or­ga­nu, jaki ma mię­dzy no­ga­mi.

Te z nas, które są mo­no­ga­micz­ne, wią­żąc się z za­de­kla­ro­wa­ny­mi mo­no­ga­mi­sta­mi mają prawo wy­ma­gać od niego wier­no­ści. Inna spra­wa, że warto wcze­śniej po­znać jego po­dej­ście do tego te­ma­tu – za­py­tać, czym dla niego jest wier­ność i zo­ba­czyć, czy zga­dza się ono z na­szym. Nie licz­my na to, że będąc w związ­ku nasz part­ner zmie­ni po­glą­dy. Jeśli przed­tem był, jak to się de­li­kat­nie mówi, ko­bie­cia­rzem, to takim po­zo­sta­nie. Gdy przed nami za­li­czył kil­ka­dzie­siąt part­ne­rek albo cią­gle wokół niego krę­ci­ły się ja­kieś ko­bie­ty, a teraz czę­sto do­sta­je SMS-y od swo­ich ex, na­iw­no­ścią jest są­dzić, że będąc z nami zmie­ni swoje za­cho­wa­nie. Nie­ste­ty, nie wszyst­ko je­ste­śmy w sta­nie prze­wi­dzieć, ale czę­sto ba­ga­te­li­zu­je­my różne sy­gna­ły, wy­pie­ra­my głos na­szej in­tu­icji, da­je­my się zwieść po­zo­rom. Im wię­cej w życiu na­sze­go uko­cha­ne­go spraw ta­jem­ni­czych, ob­sza­rów, do któ­rych nie mamy do­stę­pu, tym więk­sza szan­sa, że są w nich inne ko­bie­ty.

Jeśli ko­bie­ta chce, aby była w związ­ku sza­no­wa­na, musi przede wszyst­kim za­dbać o sza­cu­nek dla samej sie­bie. A ten znika jak bańka my­dla­na, gdy to­le­ru­je­my za­cho­wa­nia part­ne­ra, które nas ranią. A o tym, czy nas ranią, czy nie, naj­le­piej po­znać po wła­snych emo­cjach, a kon­kret­nie – po zło­ści, bę­dą­cej zna­ko­mi­tym czuj­ni­kiem in­for­mu­ją­cym, że ktoś prze­kra­cza nasze gra­ni­ce. Ale żeby z niego ko­rzy­stać, trze­ba dać sobie do zło­ści prawo. I na­zwać ją po imie­niu. Nie okre­ślaj­my zatem zło­ści mia­nem za­zdro­ści, bo wpad­nie­my we wła­sne sidła.

Gdy nasz part­ner wodzi ma­śla­nym wzro­kiem za in­ny­mi ko­bie­ta­mi, gdy wdaje się z nimi we flir­ty, za­nie­dbu­jąc nasze po­trze­by, gdy wie­czo­ry spę­dza po­chło­nię­ty in­ter­ne­to­wą por­no­gra­fią pod­nie­ca­jąc się na widok wy­czy­nów si­li­ko­no­wych lalek, gdy znika w ła­zien­ce z te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym – jeśli takie jego za­cho­wa­nia nas ranią i nie mamy na nie zgody, nie na­zy­waj­my tego za­zdro­ścią. Nie dajmy sobie wmó­wić, że je­ste­śmy za­bor­cze, że za­kła­da­my mu ka­ga­niec mo­ral­ny i pró­bu­je­my ogra­ni­czyć jego wol­ność. Nie dajmy się wpę­dzić w po­czu­cie winy. A przede wszyst­kim – nie za­mie­niaj­my swo­jej zło­ści na smu­tek, bo tak się zwy­kle dzie­je, gdy wpo­jo­no w nas prze­ko­na­nie, że złość jest zła, że zło­ścić się nam nie wolno. Jeśli bę­dzie­my przy nim trwać, od­bie­rze­my sobie ener­gię do obro­ny wła­snych gra­nic, która pły­nie ze zło­ści, a nie ze smut­ku. Smu­tek jest ade­kwat­ny wtedy, gdy chce­my coś po­że­gnać, na przy­kład nasze złu­dze­nia, czy na­dzie­je. Jeśli na coś nie mamy zgody, po­wiedz­my to otwar­cie na­sze­mu part­ne­ro­wi, po­in­for­muj­my go o swo­jej zło­ści. Ko­rzy­ścią z obro­ny na­szych gra­nic bę­dzie utrzy­ma­nie sza­cun­ku do sie­bie.

Nie­ste­ty, wbrew temu, co nie­któ­rym z nas się wy­da­je, obro­na na­szych gra­nic nie jest rów­no­znacz­na z tym, że uda nam się „przy­wo­łać do po­rząd­ku” na­sze­go uko­cha­ne­go. Jeśli taka jest nasza mo­ty­wa­cja, to może nas spo­tkać gorz­kie roz­cza­ro­wa­nie. Oka­zy­wa­nie swo­jej zło­ści służy tylko i wy­łącz­nie nam, a nie temu, aby coś uzy­skać od part­ne­ra, wpły­nąć na niego, czy go zma­ni­pu­lo­wać. Jego re­ak­cja na naszą złość może być różna. Jeśli zwią­zek opar­ty jest na wza­jem­nym sza­cun­ku, part­ner weź­mie pod uwagę naszą nie­zgo­dę na jego za­cho­wa­nia i sta­nie przed wy­bo­rem – albo ze­chce je zmie­nić, albo nie. Jeśli wyżej sobie ceni nie­skrę­po­wa­ną wol­ność, jeśli pa­no­wa­nie nad wła­snym po­pę­dem sek­su­al­nym uzna za jej ogra­ni­cze­nie, usza­nuj­my jego wybór, uznaj­my, że do sie­bie nie pa­su­je­my i roz­stań­my się z nim w po­ko­ju. Niech idzie wła­sną drogą. Jeśli nie po­tra­fi zde­cy­do­wać, czy woli od nas swoją ko­chan­kę, spy­taj­my sie­bie – czy chce­my two­rzyć zwią­zek z męż­czy­zną nie­zde­cy­do­wa­nym, czy od­po­wia­da nam rola jed­nej z ko­biet w jego ha­re­mie? I zde­cy­duj­my za niego. Gdy nasz part­ner przed­kła­da oglą­da­nie por­no­gra­fii nad wspól­ne spę­dza­nie czasu na mi­ło­snych igrasz­kach z nami, dajmy mu do tego prawo – jak widać ma inne niż nasze prio­ry­te­ty. Jeśli na­szym naj­waż­niej­szym prio­ry­te­tem jest ko­bie­ca god­ność, za­kończ­my zwią­zek, pod­rzu­ciw­szy mu na po­że­gna­nie eg­zem­plarz książ­ki Pa­tric­ka Car­ne­sa „Od na­ło­gu do mi­ło­ści” oma­wia­ją­cej ne­ga­tyw­ne skut­ki sek­so­ho­li­zmu.

Go­rzej, gdy męż­czy­zna nie wy­zwo­lił się jesz­cze z pa­triar­chal­nych za­szło­ści i nie stać go na part­ner­ską re­la­cję. Wtedy – nie­ste­ty – jego re­ak­cją na naszą nie­zgo­dę bę­dzie wście­kły atak. Usły­szy­my wów­czas, że nasza za­zdrość jest chora, po­win­ny­śmy się le­czyć, mo­że­my zo­stać skon­fron­to­wa­ne z nie­zwy­kle przy­kry­mi, de­pre­cjo­nu­ją­cy­mi nas oce­na­mi i pró­ba­mi zrzu­ce­nia na nas od­po­wie­dzial­no­ści za jego za­cho­wa­nia. I to jest dla nas czas próby. Jeśli się zła­mie­my i przyj­mie­my to, co mówi, za praw­dę – już po nas. Oto, wąt­piąc w swoje od­czu­cia, swoją nie­zgo­dę, da­ły­śmy mu wtar­gnąć na nasze te­ry­to­rium i po­ka­za­ły­śmy, że nie chro­nią nas żadne gra­ni­ce. Gdy na­to­miast wy­ka­że­my się kon­se­kwen­cją, nie­za­leż­nie od tego, jak po­to­czą się dal­sze losy związ­ku, nasze te­ry­to­rium, nasz naj­więk­szy skarb, po­zo­sta­nie nie­na­ru­szo­ne.

Wy­kreśl­my zatem ze swo­je­go słow­ni­ka słowo „za­zdrość” w od­nie­sie­niu do nie to­le­ro­wa­nych przez nas sek­su­al­nych za­cho­wań na­sze­go part­ne­ra i za­stąp­my je sło­wem „złość”. Za­miast mówić „je­stem za­zdro­sna” ko­mu­ni­kuj­my „je­stem zła i nie mam na to zgody”. Po­każ­my swoje kły, bo każda z nas je ma. Im czę­ściej bę­dzie­my ich uży­wać, tym staną się ostrzej­sze. A jeśli kie­dyś bez­myśl­nie je wy­rwa­ły­śmy, za­mie­nia­jąc na sztucz­ną szczę­kę, lub ktoś nam to zro­bił, do­pusz­cza­jąc się prze­mo­cy, za­wsze mo­że­my wy­ho­do­wać nowe.

Eugenia Herzyk, tekst z 2011 roku publikowany w onet.pl

2015-05-28T09:26:05+00:0008/04/2015|PsychoPoradnik|