Sposoby radzenia sobie z emocjami

Sposoby radzenia sobie z emocjami

Często wydaje się nam, że emocje, czyli wytwory naszego mózgu, są od nas niezależne. Traktujemy mózg jak serce, czy nerki, na których pracę przecież nie potrafimy świadomie wpływać. Zwierzając się przyjaciółce lub opisując swój problem w gabinecie psychoterapeuty mówimy: lęk mnie paraliżuje… nie potrafię przestać go kochać… dopadła mnie depresja… Czy tak jest w istocie? Czy jesteśmy skazane na łaskę i niełaskę siedzącego w naszym mózgu homunkulusa, który przyciskając odpowiednią dźwignię decyduje o naszych emocjach? I tak, i nie.

Homunkulus z naszym mózgu

Homunkulus nie jest tajemniczym stworkiem, obcym, który zagnieździł się w naszej głowie. Homunkulus jest częścią nas. Freud nazwał go nieświadomością, dziś określa się go mianem struktur podkorowych, w skład których wchodzi między innymi ciało migdałowate, hipokamp, brzuszne pole nakrywki, jądro półleżące… Funkcjonowanie tych struktur, określanych też jako układ limbiczny, jest od niedawna intensywnie badane, a to dzięki rozwojowi nieinwazyjnych metod obrazowania mózgu w czasie rzeczywistym, takim jak PET (pozytronowa tomografia emisyjna) czy fMRI (funkcjonalny rezonans magnetyczny).

Dzięki tym badaniom wiadomo, że emocje powstają automatycznie, bez udziału świadomości, jako reakcje struktur podkorowych na bodźce zewnętrzne, dostarczane przez zmysły, lub bodźce wewnętrzne (myśli, odczucia z ciała). O tym, jakie emocje wytworzy nasz mózg pod wpływem określonego bodźca, decydują dwa czynniki:

– uwarunkowania genetyczne,

– dotychczasowe doświadczenia, zarówno w dzieciństwie, jak i w dorosłym życiu.

To, co u jednego wywoła przerażenie, drugi przyjmie z zaciekawieniem, ten sam bodziec może wzbudzić u jednej osoby złość, u drugiej smutek. Ludzie różnią się między sobą także wrażliwością na bodźce, a także szybkością powrotu do emocjonalnej równowagi.

Ani na zestaw swoich genów, ani na przeszłość wpływu nie mamy. Czyżby zatem homunkulus miał nad nami absolutną władzę?

Płaty przedczołowe, czyli superego

Freud, ojciec psychoanalizy, a można powiedzieć, że i całej psychoterapii, miał niesamowitą intuicję. Stworzona przez niego koncepcja id, ego i superego jest kompatybilna z aktualnym stanem wiedzy na temat funkcjonowania ludzkiej psychiki. Homunkulus, siedlisko automatycznych emocji i popędów (id) ma swojego zarządcę (superego). Zarządcą jest nasza kora mózgowa, a konkretnie – jej płaty przedczołowe. Sygnały wysyłane z niej do struktur podkorowych mogą doprowadzić do zmiany natężenia emocji, a nawet przekształcić jedną emocję w inną. Sygnały te – czyli myśli – generowane są świadomie, z udziałem naszej woli. Ażeby dotarły tam, gdzie trzeba, potrzebny jest jednak kabel, po którym mogą być transmitowane.

Mózg noworodka zawiera w przybliżeniu tyle samo neuronów, co mózg dorosłego człowieka, ale brakuje mu połączeń między nimi, czyli sieci neuronalnych. Jeśli w dzieciństwie nie było sprzyjających warunków do powstania połączeń między strukturami podkorowymi, generującymi emocje a płatami przedczołowymi, to zamiast zarządzania emocjami stosujemy inne sposoby radzenia sobie z nimi. Wykształcamy tak zwane mechanizmy obronne

Człowiek stosujący mechanizmy obronne, zamiast zaakceptować naturalne procesy, czyli automatyzm emocji oraz popędów i uczyć się nimi zarządzać, próbuje wykorzenić swoją „zwierzęcą” naturę, dokonać resekcji homunkulusa. Skutki tego bywają tragiczne. Nerwice, depresje, uzależnienia, ataki szału, napady paniki – stany, w których emocje wymknęły się spod kontroli, są konsekwencją stosowania mechanizmów obronnych. Nie wychowany, nie oswojony homunkulus potrafi szerzyć spustoszenie.

Skoro nasz sposób radzenia sobie z emocjami ukształtował się w procesie wychowania, nic dziwnego, że jako osoby dorosłe jesteśmy pod tym względem bardzo podobne do swoich rodziców. Emocjonalność to nie tylko warunkowany genetycznie temperament, ale sposób radzenia sobie z emocjami. Jeśli nasi rodzice stosowali mechanizmy obronne, my też to robimy. Czy to oznacza, że dzieciństwo absolutnie i na zawsze determinuje naszą emocjonalność? Nie – a to dlatego, że mózg jest plastyczny.

Mózg jak plastelina

Odkrycie zdolności mózgu do przekształcania sieci neuronalnych, czyli jego plastyczności, dało nadzieję wszystkim Dorosłym Dzieciom (DDA, DDD) na uzupełnienie wyniesionych z dzieciństwa deficytów. Objawem deficytów jest między innymi stosowanie mechanizmów obronnych jako sposobu radzenia sobie z emocjami. Uzupełnianie deficytów polega na wzmacnianiu połączeń między płatami przedczołowymi a strukturami podkorowymi odpowiedzialnymi za emocje. Tworzenie kabla, łączącego zarządzające superego z id, naszym homunkulusem, którym mogą biec nasze myśli.

Sieci neuronalne tworzą się w procesie uczenia poprzez doświadczenie. Technika zwana dialogiem wewnętrznym to wypracowanie i stosowanie na co dzień w praktyce takiego sposobu myślenia, który generuje pożądany przez nas emocjonalny stan. To umiejętność przeciwstawienia się „wewnętrznemu rodzicowi” nieustannie podkopującemu naszą wiarę w siebie, zawstydzającego nas z byle powodu, uprawiającego czarnowidztwo i wiecznie z nas niezadowolonemu. „Wewnętrzny rodzic” to utrwalone przekonania, Na tym właśnie polega „pranie” mózgu – komunikaty często słyszane od kogoś, uważanego przez nas za autorytet, stają się wyznawaną przez nas prawdą. Uświadomienie własnych przekonań i ich konsekwencji emocjonalnych daje możliwość przyjrzenia się im i zadecydowania, czy chcemy nadal być tym przekonaniom wierne, czy też chcemy je zmienić.

Prowadząc dialog wewnętrzny rozmawiamy nie tylko z „wewnętrznym rodzicem”. Możemy też prowadzić rozmowę z „wewnętrznym dzieckiem”. Tym zalęknionym, przerażonym, zrozpaczonym, głodnym miłości, „wewnętrznym dzieckiem” myślącym magicznie, przekonanym o swojej wszechmocy i poczuciu kontroli nad wszystkim i wszystkimi lub „wewnętrznym dzieckiem” tupiącym nóżkami i żądającym natychmiastowej gratyfikacji.

Silne połączenia między płatami przedczołowymi kory a strukturami podkorowymi odpowiedzialnymi za emocje powodują, że homunkulus przestaje być groźny, bo ma swojego zarządcę. Uzyskana poprawa dobrostanu psychicznego jest trwała, a nie chwilowa, jak w przypadku stosowania mechanizmów obronnych. Co równie ważne, ten sposób radzenia sobie z emocjami nie wywołuje żadnych skutków ubocznych.

Polubić homunkulusa    

Jeśli uda nam się nabyć umiejętność sprawowania nadzoru nad naszym homunkulusem, możemy pokusić się o kolejny krok – możemy go polubić. Dostrzec, że każda emocja jest potrzebna, do czegoś służy lub niesie informację, którą możemy wykorzystać.

Na początku swojej bestsellerowej książki „Droga rzadziej wędrowana” M. Scott Peck pisze:

„Życie jest trudne. To wielka prawda, jedna z największych. Dlatego jest prawdą wielką, bo gdy ją rzeczywiście poznamy, pójdziemy dalej. Gdy to naprawdę przyjmiemy do wiadomości, że życie jest trudne – rzeczywiście to zrozumiemy i zaakceptujemy – życie przestanie być trudne.”

Akceptacja trudności, równoznaczna z akceptacją w naszym życiu emocji i uczuć zwanych negatywnymi – to uznanie, że strach, złość, smutek, wstręt są nieodłącznymi elementami naszego życia. Co więcej, jako ukształtowane w procesie ewolucji emocje są nam potrzebne. Tak jak radość i zaskoczenie, kolejne dwa z sześcioskładnikowej listy emocji podstawowych, tyle że kojarzone pozytywnie.

Jeśli stosując mechanizmy obronne unikamy pewnych sytuacji i zachowań, wywołujących emocje, których nie chcemy przeżywać, warto mieć świadomość ponoszonych strat. Gdy unikamy ryzyka zmian, uciekamy od lęku przed porażką, tkwimy w pułapce bezradności. Niechęć do przeżywania bólu rozstania, zranienia, odrzucenia powoduje, że tworzymy luźne, niezobowiązujące relacje i nigdy nie doświadczymy prawdziwej bliskości. Ucieczka przed zmierzeniem się z samotnością skutkuje tym, że kurczowo trzymamy się partnera, który stosuje wobec nas przemoc. Chcąc uniknąć konfrontacji z czyjąś złością nigdy nie odmawiamy prośbom, przez co dajemy sobie wejść na głowę.

Oprócz stosowania uników możemy też szukać sposobów na znieczulenie, stłamszenie nieprzyjemnych dla nas emocji lub podkręcenie, wzmocnienie tych, które odczuwać chcemy. Szukać środków uspokajających lub dopalaczy. Ktoś lub coś staje się naszym sposobem na szczęście – mężczyzna, dziecko, znajomi, praca, słodycze, leki, alkohol. I rzeczywiście, na krótką metę strategia się sprawdza. Długofalową konsekwencją może być uzależnienie, kiedy to nie potrafimy już porzucić naszego sposobu na szczęście pomimo doświadczania dotkliwych negatywnych tego konsekwencji.

Zombi – czyli efekt resekcji homunkulusa

Unikanie, znieczulanie, podkręcanie – to chęć pokonania naszej emocjonalnej natury. Tylko, że jeśli nam się to uda, gdy wytniemy z głowy naszego homunkulusa, staniemy się robotami, zombi, będziemy martwe. Stracimy też możliwość wykorzystania emocji do celów, do których ewolucyjnie zostały stworzone. Strach ostrzega nas przed niebezpieczeństwem. Złość jest sygnałem, że naruszane są nasze granice lub frustrowane nasze potrzeby. Smutek daje możliwość przeżycia żałoby i pogodzenia się ze stratą. Wstręt pozwala z daleka obchodzić to, co dla nas szkodliwe. Zdziwienie rozbudza naszą chęć poznawania nowego. A radość sygnalizuje, że zaspokoiłyśmy naszą potrzebę i pozwala określić, co nam służy i co dla nas jest ważne.

Pewnego dnia przyszła do mnie klientka skarżąca się na raniące ją zachowania męża. Ubliżał jej, wyzywał, prowokował, ośmieszał, groził. Na pytanie, czego ode mnie oczekuje, w czym jej mogę pomóc, odpowiedziała, że chciałaby tego tak nie przeżywać, chciałaby, aby stało się to dla niej obojętne. Była na najlepszej drodze do wpadnięcia w stan otępienia, charakterystyczny dla ofiar przemocy.

Inna kobieta szukała pomocy z powodu – jak to określiła – swojej obsesyjnej zazdrości. Przeszukiwała kieszenie partnera, śledziła jego aktywność na Facebooku, sprawdzała telefon. Jej celem było tej zazdrości się pozbyć, aby w spokoju, pełnym zaufania do ukochanego, mogła cieszyć się związkiem. Problem polegał na tym, że opis zachowań mężczyzny wskazywał, że rzeczywiście był wobec niej nielojalny.

Mechanizmem obronnym, stosowanym przez wiele kobiet, który często bezpośrednio mnie dotyka, jest nie przychodzenie na umówione spotkanie. Gdy dzwonią z prośbą o jak najszybszy termin, wydają się zdesperowane i potrzebujące natychmiast pomocy. Nazajutrz, w ostatniej chwili odwołują wizytę, tłumacząc, że nie dadzą rady przyjść, albo nie pojawiają się bez żadnej informacji o powodach swojej rezygnacji ze spotkania – po prostu znikają jak kamfora. Doskonale ten mechanizm rozumiem, podejrzewam, że podobny, unikowy sposób radzenia sobie z lękiem stosują w swoim życiu.

Potrafię jednak takim klientkom być również wdzięczna. Dają mi wspaniałą okazję wzmacniania połączeń między korą mózgową a kipiącym gniewem ciałem migdałowatym. Inspirują do odbycia kolejnej lekcji tresury mojego homunkulusa.

2015-06-26T09:01:53+00:0026/06/2015|PsychoEdukacja|