Miłość to tylko chemia mózgu

Miłość to tylko chemia mózgu2019-01-25T22:47:53+00:00

Cała ta „jedyna wielka prawdziwa miłość” to po prostu dopamina, kochani. Namiętność, dla której bez wahania spaliłbyś dom, wysadził w powietrze samochód i przejechał z Houston do Orlando.

Pragniesz jej, bo tak podpowiada ci mózg. Jeśli pocałunek w szyję kochanka, który przyparł cię do ściany w kącie klubu tanecznego, nie rozpala brzusznej części nakrywki twojego mózgu, to raczej wszystko stracone. Nie przyśle ci róż na Walentynki.

Dopamina. Mały boży neuroprzekaźnik, lepiej znany pod nazwą romantycznej miłości. A także noradrenalina, znana jako zauroczenie. To naturalne środki pobudzające. Gdy się zakochujesz, substancje te,  wraz z ich kuzynami, zaczynają taniec na rurze wokół neuronów twego mózgu. Skaczą wokół układu limbicznego, skupiając uwagę, wywołując pożądanie, obsesyjne myśli, żądzę popełniania niemoralnych aktów z twoim ukochanym podczas czekania na zmianę świateł w centrum miasta, i tym podobne.

– Miłość to narkotyk – mówi bez ogródek Helen Fisher, antropolog z Rutgers University i autorka książki „Dlaczego kochamy?” – Brzuszny obszar nakrywki to grupa komórek, które wytwarzają dopaminę i wysyłają ją do wielu obszarów mózgu, właśnie wtedy, gdy jesteśmy zakochani. Ten sam obszar odgrywa rolę w przypadku kokainowego odlotu.

Namiętność! Seks! Narkotyki!
Dlaczego podejrzewamy, że to dobrze się nie skończy? Bo wszystkie te rzeczy mają krótki termin ważności i skazane są na przemijanie. Spełnienie zabija namiętność. Najcudowniejsze, najbardziej wzniosłe uczucie, jakie znane jest ludzkości, warte jest zaledwie tyle, co narkotykowy odlot, przejściowa obsesja. – Bycie zakochanym, zauroczenie kimś, jest cudowne, ale nasz organizm nie może cały czas pozostawać w tym stanie – mówi Pamela Regan, profesor psychologii z California State University w Los Angeles, autorka książki „The Mating Game” – Inaczej wypaliłby się i wymarlibyśmy jako gatunek. Ilości niektórych, występujących w mózgu, substancji miłosnych naukowcy mierzą w pikogramach – bilionowych częściach grama. Jakże delikatne jest to, co zwiemy miłością.

Niemal wszystko, co pisze się o miłości jest bezwartościowe, może dlatego, że często zaczyna się od czegoś w rodzaju „Oh!’”. Być może, piszący to ludzie są

– zakochani gdy to piszą, z czego wynikają bezsensowne rojenia albo też

– właśnie zostali odrzuceni.

W drugim przypadku powinni raczej zostać przyszpileni w gablotce jak owady i zaopatrzeni w etykietkę. Bo inaczej będą żyć na okropnej „planecie nienawiści”. Stendhal miał rację, gdy już w XIX wieku zauważył, że „Rozkosze miłości zawsze są proporcjonalne do naszych lęków”. Bo romantyczna miłość to także przerażenie. Bill Shakespeare chłodno rejestruje, gdy Ojciec Laurenty ostrzega młodego Romea przed niebezpieczeństwami namiętności słowami „Nagły jest koniec gwałtownych rozkoszy.”

Czy Romeo posłuchał?
Eee tam! Mądra rada, cierpliwość, zdolność przewidywania, sok z suszonych śliwek – komu to potrzebne? Czy jest wśród nas osoba, która choć raz w życiu nie chciała porzucić wszystkiego i pobiec do „mózgowej dyskoteki”. Tam, gdzie są wielkie białe stosy dopaminy, a gorący i spocony Barry White zawsze jest na scenie, grzmiąc – Jesteś moją pierwszą i ostatnią, jesteś dla mnie wszystkim („You’re my first! My last! My everything!”). Przed nami Abelard i Heloiza, dwoje najsławniejszych kochanków w historii.

Abelard do Heloizy: – Tak mocne były ognie żądzy, co mnie z tobą złączyły, że zdecydowałem się na te przeklęte, obsceniczne rozkosze na których imię nawet się rumienię, zarówno przed Bogiem, jak i przed samym sobą.

Ona do niego: – Nawet podczas odprawiania mszy, gdy nasze modlitwy winny być najczystsze, sprośne wizje rozkoszy, jakich wspólnie zaznaliśmy, wciąż nawiedzały mą nieszczęśliwą duszę.

Czy wspominaliśmy, że w następstwie ich romansu Abelard został wykastrowany? A Heloiza resztę życia spędziła w klasztorze? Że swoje dziecko nazwali Astrolabe? Co za ludzie! Cóż za namiętność? Co do diabła oni sobie myśleli? Nie myśleli – podobnie jak wy, gdy jesteście zakochani.

Dopamina, serotonina, oksytocyna i …
Podczas swoich ostatnich badań Fisher i jej koledzy poddali 32 zakochanych badaniu za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego w czasie, gdy oglądali zdjęcia ukochanej osoby. Ależ rozpalały się ich mózgi! W bocznych częściach mózgu są dwa obiekty, zwane jądrami ogoniastymi. Zajmują się ruchami ciała oraz układem nagrody – systemem naszego umysłu odpowiedzialnym za ogólne pobudzenie, odczuwanie przyjemności i motywację

do zdobywania nagród – pisze Fisher. Gdy badani patrzyli na swoich ukochanych, ich ciała ogoniaste zaczynały śpiewać „Rozepnij mi guziczki” wraz z Pussycat Dolls! Następnie przekazywały pałeczkę obszarowi brzusznemu nakrywki, obiektowi wielkości strączka grochu, który wydziela dopaminę tańczącą w twojej głowie. Właśnie to naukowcy nazywają świetną zabawą.

Przeprowadzone kilka lat temu włoskie badania wykazały coś innego. Na serotoninę, kolejny neuroprzekaźnik mózgu, związany z obsesją, depresją i gonitwą myśli, mocno wpływają – na poziomie molekularnym – romans i wzbierająca dopamina. Osoby, które właśnie się zakochały oraz osoby z zaburzeniami obsesyjno- kompulsywnymi wykazują równie obniżony poziom płytkowego transportera 5-HT. Innymi słowy, dopamina wydaje się tłumić działanie serotoniny, co z kolei wyzwala obsesyjno-kompulsywny sposób myślenia. Nie możesz przestać myśleć o Danielu. Nic dziwnego! Daniel ukrywa się pod wilgotnym płatem kory mózgowej! Twój mózg jest zakochany i oficjalnie doprowadza cię do szaleństwa.

Potem do akcji wkracza oksytocyna i inne substancje w twoim mózgu, aby zbudować więź z kochankiem, tworząc łagodniejszy i bardziej zrównoważony związek. W przypadku kobiet oznacza to wzdychanie z zadowoleniem, u mężczyzn – lekkie chrapanie. Albo nasz, wcześniej „doskonały kochany misiaczek”, staje się najbardziej samolubnym, oszukańczym, brudnym draniem po tej stronie Amarillo. Zostajesz porzucona. Taki dramat nie jest dobry dla twojego mózgu.

Jak to jest?
To jak bilet w jedną stronę do baru na mózgowej granicy Meksyku i Teksasu. Zawsze jest tam ciemno, cuchnie starymi cygarami. Twoje jądro ogoniaste garbi się w ciemności na barowym stołku. Siedzi obok Freddy’ego Fendera, piosenkarza country. Nagle twój mózg zaczyna ryczeć, fałszując: – Zmarnowane dnie i zmarnowane noce! – Pozostawiłem cię za sobą! – Bo nie jesteś moją już! – Twoje serce należy do innego!

Twój mózg może spędzać całe dnie na takich rozmyślaniach. To dlatego, że wierzgnął, a miłość dawno już odeszła. Dopamina opuszcza scenę romansu, wkracza na nią jądro półleżące, kora wyspy i boczna kora oczodołowo- czołowa. Te obszary rozświetlają się w mózgach porzuconych kochanków, gdy patrzą na zdjęcia byłych ukochanych. Są związane z podejmowaniem dużego ryzyka, uzależnieniem, bólem fizycznym i zaburzeniami obsesyjno- kompulsywnymi. Dlatego – teoretyzują naukowcy – ludzie obsesyjnie myślą o utraconej miłości i w skrajnych przypadkach posuwają się do prześladowania, samobójstwa czy zabójstwa.

Prowadząca badania w Kalifornii Regan zauważa, że takie przypadki są rzadkie i mogą mieć więcej wspólnego z zaburzeniami umysłowymi niż nieodwzajemnioną miłością. Jednak, jak mówi, namiętność jest skazana na zagładę. Albo przekształca się w łagodniejszą, długoterminową miłość, albo wylatuje w powietrze na autostradzie o czwartej nad ranem. Biorąc to pod uwagę, zastanawia się, czy słusznie gloryfikujemy romantyczną miłość. – Poszukiwanie wiecznej namiętności jest błędem – mówi. – W poszukiwaniu doskonałego odlotu ludzie zrywają związki na prawo i lewo. Nie czując podobnej euforii jak wcześniej, odchodzą, zamiast traktować to jako coś normalnego. Nawet neurolodzy, za przykładem szekspirowskiego księdza, mówią nam, że namiętność w miłości jest jak fałszywe złoto, jaskrawy ślepy zaułek w ewolucyjnym łańcuchu szczęścia naczelnych.

Jedyny problem z tym punktem widzenia jest taki, że nikt nie poświęca mu uwagi. Skazana na niepowodzenie namiętność może nie przynieść nam szczęścia. Ale tylko ona czyni nas tym, kim jesteśmy – ludźmi.

(autorka – Neely Tucker, źródło – „The Washington Post” za onet.pl)