Jak toksyczne matki wpływają za życie swoich dzieci?

Jak toksyczne matki wpływają na życie swoich dzieci?2019-01-25T22:47:51+00:00

Jeżeli ty będziesz szczęśliwa, twoje dziecko też będzie szczęśliwe, bo nauczysz je szczęścia. Jeżeli będziesz siebie kochać, ono też będzie siebie kochać – mówi psycholog, dr Monika Wasilewska, z którą o byciu złą i dobrą matką, różnych modelach wychowania i micie poświęcania się dla dobra dziecka rozmawia Monika Szubrycht.

Czy toksyczną matką bywa się od urodzenia, czy się nią staje?

Można zadać pytanie: kim jest toksyczna matka? Donald Woods Winnicott (brytyjski psychoanalityk i pediatra – przyp. red.) mówił, że matka ma być wystarczająco dobra. Czyli, mówiąc najogólniej, toksyczna matka nie jest wystarczająco dobrą matką, żeby zadbać o prawidłowy rozwój dziecka. Jest albo za młoda, albo niedojrzała.

Może mieć 30 lat i nie dojrzeć do posiadania dziecka. Nie stała się matką, czyli w toku jej rozwoju nie nastąpiło coś takiego, co uczyniłoby ją zdolną do podjęcia odpowiedzialności za drugiego człowieka. Jej rozwój emocjonalny i społeczny nie przebiegał prawidłowo. W tym przypadku powiedziałabym: nie stała się wystarczająco dobrą matką. Ale ta toksyczność może mieć różne oblicza.

Jakie to oblicza? Czym charakteryzuje się toksyczna matka?

Jest bardzo wiele grup, cała książka Susan Forward „Toksyczni rodzice” jest temu poświęcona. Opisuje różne typy toksyczności, począwszy od patologii, alkoholizmu i wykorzystywania dzieci, po przemoc fizyczną i psychiczną. Ale gdybyśmy się skupili na tzw. zdrowej, funkcjonalnej rodzinie, odcięli ewidentne patologie społeczne, toksyczną matką będzie kobieta, która nie wytworzyła z dzieckiem prawidłowej, bezpiecznej więzi.

Bezpieczna więź jest wtedy, kiedy matka jest wystarczająco responsywna, czyli we właściwy sposób odpowiada na potrzeby dziecka i jest w stanie je zaspokoić, w tym potrzebę miłości czy przynależności. Jeżeli natomiast powstała więź pozabezpieczna, to już można powiedzieć, że jest to pewien rodzaj toksyczności, bo dziecko już na wejściu jest obdarzone pewnym deficytem.

Według różnych autorów, więź między matką a dzieckiem kształtuje się do drugiego roku życia dziecka, więc nie ma na to dużo czasu. A troska o więź z dzieckiem powinna rozpocząć się w momencie otrzymania informacji, że jestem w ciąży. Więź powinna się zacząć budować już w okresie prenatalnym i potem mieć swoją kontynuację w okresie postnatalnym. Brak tej więzi już stanowi pewien rodzaj toksyczności, bo zaburza rozwój dziecka, zwłaszcza emocjonalny. Dziecko nie jest pewne reakcji i zachowań matki, nie rozwija się w spokojnym środowisku.

Druga kwestia dotyczy postaw rodzicielskich. Są różne style wychowywania dzieci, jedne są bardziej autonomiczne, inne bardziej autokratyczne. Wiadomo, że matki, które nie są toksyczne, powinny akceptować dziecko. Kiedyś był modny model wychowania zwany lepieniem z gliny. Dziecko postrzegane było jako bezwolny kawałek, który powinniśmy ulepić na nasz wzór, albo według naszego widzimisię. Zanim się dziecko urodziło, dorośli tworzyli dla niego jakąś foremkę, a potem wciskali w nią dziecko, odcinając, co nie pasuje, jak przy formowaniu ciasteczka.

Był też model zupełnej swobody, modny trend, który polegał na tym, że mamy się nie mieszać, pozwalać na wszystko, bo dziecko ma zdrowo zaprogramowany system rozwoju. Wiadomo, że ten model też się nie sprawdził.

Wreszcie, był tzw. model konfliktowy. Choć lepszy niż poprzednie dwa, też nie był dobry, ponieważ opierał się na walce. Dzieci wychowane według modelu konfliktowego nie najlepiej radzą sobie w związkach, nauczone są wchodzenia w starcia. Mało jest negocjacji, liczy się, kto wygra.

Jaki model wychowania jest więc najlepszy?

W tej chwili proponuje się model socjalizacji opartej na współpracy, który polega na tym, że uczymy dziecko negocjować, uczymy zdrowych kompromisów. Matka pokazuje, co jest dla niej ważne, uczy empatii, osiągania konsensusu w dyskusjach, jakiegoś złotego środka, ale na zasadzie pokojowej. Dziecko nie może rządzić w domu, być małym tyranem, ale też nie może być nic nie znaczącym przedmiotem, którego się nie szanuje i przestawia z kąta w kąt.

Matki, które stosują taki model socjalizacji, opartej na wzajemności i wymianie, nie są toksyczne. Szanują dziecko, jego potrzeby i indywidualność, a także wrodzone cechy, które nie zawsze są zależne od procesu wychowania.

W jakim wieku dzieci najczęściej zauważają, że matka nie zachowuje się tak, jak powinna?

Na pewno we wczesnym okresie dojrzewania, który zaczyna się między 11. a 12. rokiem życia. Wtedy rozwija się myślenie krytyczne. Niektóre dzieci w okresie szkolnym widzą, że coś jest nie tak, porównując swoje obserwacje z sytuacją rówieśników. Jeżeli nie mówimy o rodzinach patologicznych, to przed okresem dojrzewania trudno cokolwiek zauważyć. Wcześniej dziecko najczęściej uznaje, że to co jest u niego w domu, to norma i tak ma cały świat.

Są i tacy, którzy odkrywają to bardzo późno, w okresie dorosłości. Mam wiele pacjentek, które mają około 30 lat, z którymi rozmawiam i zadaję pytanie: „Jakie są pani potrzeby?”. Pacjentka odpowiada:  „A ja w ogóle mam prawo mieć jakieś potrzeby? Przecież u mnie w domu nigdy tak nie było”. W wieku 30 lat ze zdziwieniem stwierdzają, że mają prawo do jakichś potrzeb i że w ogóle mają jakieś prawa.

Czy toksyczność częściej dotyczy relacji matki z córką?

Opracowuję test dotyczący parentyfikacji, czyli zjawiska, które polega na tym, że w rodzinie następuje zamiana ról, to dziecko staje się opiekunem swoich rodziców, jest zapraszane do bycia dorosłym. To jest bardzo toksyczne zjawisko.

Na przykład córeczka troszczy się o potrzeby emocjonalne swojej mamy ( z prowadzonych na świecie badań wyniki że częściej parentyfikowane są dziewczynki, a osoba parentyfikującą częściej jest matka) staje się przyjaciółką swojej mamy. Matka jej się zwierza z różnych problemów emocjonalnych, obciążając ją nadmiernie do wieku. Z wstępnych badań wynika, że bardziej parentyfikują matki i częściej córki są parentyfikowane.

Są dwa rodzaje parentyfikacji: emocjonalna, polegająca na obciążaniu emocjonalnym dziecka, i parentyfikacja instrumentalna, która polega na tym, że dziecko jest obłożone nadmiernie obowiązkami domowymi, na przykład w gospodarstwie, albo dokładaniem się do budżetu. Te obowiązki same w sobie nie są złe, ale niedobrze się dzieje, gdy jest ich za dużo.

Parentyfikacja instrumentalna może częściej dotykać chłopców, a emocjonalna dziewczynki.  Badania prowadzone na świecie pokazują, że parentyfikacja instrumentalna jest mniej toksyczna niż emocjonalna. Dzieci poddawane tej pierwszej w dorosłym życiu są zadaniowe i sprawne. To pracoholicy, rzadko szukający przyjemności, ale to nie upośledza ich tak bardzo, jak parentyfikacja emocjonalna, które powoduje, że taka osoba nie zna swoich potrzeb i nie potrafi o siebie zadbać.

Jakie są dzieci toksycznych matek?

Kiedy naruszane są granice dziecka, które jest zapraszane do opiekowania się matką, ono nie umie potem o siebie zadbać. Myślę, że dziewczynki, ze względu na cechy biologiczne, hormony związane z opiekuńczością, są bardziej predestynowane do tego, żeby wejść w tę pułapkę, żeby podjąć się opieki nad całym światem, wszystkimi innymi, tylko nie sobą – „ja jestem tu najmniej istotna”.

Nie umieją się o siebie zatroszczyć, nie potrafią kochać się we właściwy sposób, bo matka uczyła je miłości, która nie była dobrą, zdrową miłością. To bardzo upośledza późniejsze funkcjonowanie w związkach, ale też funkcje macierzyńskie, bo zaobserwowano, że parentyfikacja podlega pewnej transmisji pokoleniowej. Parentyfikowane dzieci są parentyfikującymi matkami dla swoich dzieci.

Czyli córki toksycznych matek, też będą toksyczne dla swoich dzieci?

Tak, mogą być. Zauważyłam ciekawe zjawisko: nawet te córki, które uświadomiły sobie – czy w okresie dojrzewania, czy we wczesnej dorosłości – że ich matki nie były w porządku, zobaczyły wszystkie błędy, które te matki popełniały, mogą mieć problem, żeby nie robić tego samego w stosunku do swoich dzieci. To się dzieje jakby poza nimi. To jest jak automat. W trakcie krzyczenia na dziecko, widzą, że to nie jest dobre, ale nie umiały tego powstrzymać.

Autorefleksja nie działa jak hamulec?

Sam intelektualny wgląd nie wystarcza. Myślę, że trzeba to przepracować emocjonalnie. Zauważyłam jeszcze jedno ciekawe zjawisko. Są matki, które mówią: „W życiu nie będę taka dla mojej córki, jaka moja matka była dla mnie, bo ona mnie nie szanowała, rywalizowała ze mną na różnych płaszczyznach”. Mówią: „Ja taka nie będę”. I faktycznie nie są takie. Starają się, wzmacniają swoje córki, mówią: „Jesteś super, jesteś cudowna, jesteś wspaniała”. I co się dzieje? Córki dorastają i mają te same problemy. Mają niską samoocenę i tak samo źle funkcjonują, jak matki. Uważam, że dzieje się tak dlatego, że dzieci bardziej uczą się poprzez modelowanie, niż przez przekaz werbalny. One widzą, jak matka sama siebie traktuje, jak ona myśli o sobie. Tego się od niej uczą, nie tego, co słyszą.

Czyli nie wystarczy odciąć się od toksycznych relacji i chcieć być dobrą matką? Trzeba zadbać o siebie i o swoje potrzeby, żeby móc budować dobre relacje z dziećmi?

Tak. Mówię im: „Jeżeli ty będziesz szczęśliwa, twoje dziecko też będzie szczęśliwe, bo nauczysz je szczęścia. Jeżeli będziesz siebie kochać, ono też będzie siebie kochać. A nawet, jeśli będziesz je kochać, a siebie nie będziesz lubić, wtedy to dziecko też raczej siebie lubić nie będzie. Może za to kochać swoje dziecko”.

Wydaje mi się, że odpowiedzialne rodzicielstwo i nietoksyczność polega też na tym, że ja jestem na tyle odpowiedzialna, że pracuję nad sobą, po to, by kochać siebie, szanować, być zdrowa, żeby móc to samo potem przekazać swojemu dziecku.

Czyli to, co robimy dla siebie, tak naprawdę robimy dla naszych dzieci.

Tak. Ważne jest szanowanie swoich potrzeb. Zakładam, że te potrzeby są też takie, że matka, która jest zdrowa i ma hormony, które odpowiadają za instynkt macierzyński, chce, żeby jej dziecko było szczęśliwe. Ale ono nie będzie szczęśliwe, dopóki matka sama ze sobą nie będzie szczęśliwa.

Część matek nadmiernie ingeruje w życie swoich dzieci, albo skupia na sobie uwagę. Gdzie przebiega granica między matką nadopiekuńczą, a tą, która przekracza granicę i nie pozwala dziecku na samodzielność?

Nadopiekuńczość jest uznawana raczej za postawę negatywną. Uważa się, że to postawa, która może wynikać z lęku matki o to, że dziecku coś się stanie. Ona mu go daje, a on ogranicza możliwości rozwojowe dziecka. Matka sama musi sobie poradzić z lękiem, dziecko nie jest za to odpowiedzialne.

Nadopiekuńczość może też wynikać z potrzeby kontroli. Kontroluję wszystko, co dotyczy mojego dziecka, nie żeby było bezpieczne, ale żebym to ja się lepiej czuła. Nie myślę w tym momencie o dziecku, nie odpowiadam na jego potrzeby, bo to są moje potrzeby. Tak naprawdę jestem matką, która troszczy się o siebie, swoje lęki i swoje wyobrażenie świata. Wiążę w ten sposób dziecko. Zniewalam je, mając nad nim naturalną przewagę.

Nadopiekuńczość może też wynikać z niepewności. Jeśli człowiek nie czuje się pewnie w rzeczywistości, postrzega świat jako pełen niebezpieczeństw, to nie patrzy na niego obiektywnie. To jest nasza konstrukcja świata, być może sprzedana przez naszych rodziców, być może my to dostaliśmy od kogoś, ale my to później sprzedajemy naszemu dziecku i ono też będzie w ten sposób widzieć rzeczywistość. Tymczasem to nie jest prawda o świecie, tylko nasza prawda, która powinna podlegać weryfikacji, jeżeli mamy na celu nie nasze dobro, ale dobro naszego dziecka.

Poza elementem kontroli w nadopiekuńczości jest jeszcze element bycia ważną, bycia potrzebną. To też jest element myślenia o sobie – nie pozwalamy dziecku dorosnąć. Cały czas jesteśmy ważni dla niego i cały czas zrobimy lepiej, wiemy lepiej, bo jesteśmy starsi o te 20 czy 30 lat. To bardzo uderza w samoocenę dziecka, w poczucie jego wartości. Bo jeżeli matka mówi: „Zostaw to, ja to zrobię, ty nie umiesz tego”, to dziecko dostaje komunikat: „Ze mną jest coś nie tak, nie jestem wystarczająco dobry, sprawny, moja mama to lepiej zrobi”. Cóż to jest innego, jak nie podnoszenie sobie samooceny kosztem dziecka? Jestem cudowna, wspaniała i tak to muszę zrobić, lepiej ugotuję i posprzątam, wyprasuję. Pokażę mojej córeczce, jaka jestem ważna i wspaniała. To na pewno jest toksyczność.

Czyli robienie czegoś za dziecko działa na jego niekorzyść?

Tak. Oczywiście, kiedy dziecko potrzebuje pomocy, nie można się od niego odsunąć, to nie jest dobre. Chodzi tylko o to, żeby prowadzić dialog z dzieckiem. Zapytać: „Potrzebujesz mojej pomocy, czy nie?”. Pamiętam, jak mój syn przyszedł kiedyś ze szkoły i powiedział, że kolega go uderzył. Zapytałam wtedy: „Czy chcesz, żebym poszła pogadać z tym kolegą, czy sobie sam poradzisz? Wybór należy do ciebie, bo to jest twoje życia. A ja przecież nie będę przy tobie całe życie”. Odpowiedział wtedy: „Nie mamo, na razie nigdzie nie idź, ja to sam załatwię”. Potem przyszedł i powiedział: „Zrobiłem to tak i tak”. Odpowiedziałam: „Świetnie to sobie załatwiłeś”. Mogłabym powiedzieć: „Nie no, beznadziejnie, źle to zrobiłeś”, ale w ten sposób podważyłabym kompetencje dziecka, jego sprawczość. I jak ono potem w dorosłym życiu miałoby funkcjonować?

Nie krytykować i nie oceniać – to jest najlepsze, co możemy dać swojemu dziecku?

Jak zawali, można powiedzieć: „Słuchaj, nie najlepiej to zrobiłeś, spróbuj to poprawić. Nic się nie stało, zdarza się, ja też czasami popełniam błędy”. Natomiast nie można sugerować, że ja jestem idealna, jestem pomnikiem bez żadnych rys. To nie jest korzystne, kiedy matka zastanawia się, co jest dobre dla dziecka, a nie dla niej. A czasami to co dobre dla dziecka, nie jest dobre dla mnie. Często tak bywa.

Toksyczna matka mówi, że się martwi. Ja też się martwię, jak moje dziecko idzie na imprezę i wraca o czwartej nad ranem. Też się martwię i nie śpię w nocy, ale to jest mój problem, nie jego. Ja mogę go poprosić o sms-a, ale nie będę mu psuła imprezy. Zdarzy się coś? No trudno. Korczak też kiedyś powiedział, że dziecko ma prawo do śmierci. Ma, a my nie możemy mu zabraniać życia.

Czy można samemu uwolnić się spod wpływu takiego rodzica, czy konieczna jest terapia?

To zależy od różnych czynników. Przede wszystkim od stopnia toksyczności. Jeżeli poziom poczucia winy jest bardzo wysoki, przeczytanie jednej książki nie pomoże. Nie wystarczy wgląd intelektualny. Zrozumiesz, co się stało, ale musisz to przepracować emocjonalnie, na terapii, bo potrzebujesz tzw. mamy zastępczej. Będzie nią przez moment osoba prowadząca terapię, która pozwoli ci się zregresować. I potem powoli zacznie cię w zdrowy sposób wypuszczać w świat.

Dorosły człowiek w bardzo skróconej formie, przerabia swoje problemy nie przez kolejne 20 lat, tylko powiedzmy przez dwa, trzy lata. Zostaje to w jakiś sposób naprawione, bądź poprawione i pozwala pacjentowi na w pełni autonomiczne życie. Natomiast zawsze jest tak, że najpierw jest wgląd intelektualny a potem emocjonalny, przy czym wydaje mi się, że bez terapii ciężko o ten emocjonalny. Do tego potrzebna jest druga osoba.

Dlaczego tak jest, że jeżeli coś nam w życiu nie wychodzi, najłatwiej jest obwiniać o to rodziców, zarzucić im, że nam czegoś nie dali?

To jest najprostsze, ale niedobre rozwiązanie. Nie chodzi przecież o to, żeby zrzucać wszystko na rodziców. Zakładam, że nawet ci toksyczni, zrobili wszystko co mogli, tylko zabrakło im kompetencji. Mogli się bardziej dokształcić, mogli wcześniej pójść sami na terapię i przepracować swoje problemy, ale nie zawsze każdego na to stać. Zresztą dawniej, kiedy psychologia była w powijakach, na terapię chodzili chorzy psychicznie, a nie zdrowi ludzie. A toksyczni rodzice starali się, ale sami dostali taki, a nie inny przekaz od swoich rodziców.

Na terapii robię dużo genogramów, czyli drzew genealogicznych i pokazuję, jak to działa. To pozwala odciążyć rodziców. Bo wtedy pacjent widzi, że może mama była toksyczna, ale babcia również. I wina jest trochę rozmyta. To, co działo się wcześniej, często było spowodowane wojną, traumą, która przytrafiła się rodzinie. Dlatego wydaje mi się, że ważne jest, żeby osoba dorosła wybaczyła swojej matce. Żeby zaakceptowała sytuację i fakt, że matka się nie zmieni, że dała tyle, ile mogła, bo więcej nie mogła i nie miała.

Takie były warunki, ale ja jako dorosły człowiek jestem odpowiedzialny za swoje życie i muszę się nauczyć troszczyć o siebie. Muszę tak przeszkolić swego wewnętrznego rodzica, żeby się dobrze mną zajął. Dlatego na terapii uczymy się m.in. szkolić wewnętrznych rodziców, żeby umieli się dobrze zająć wewnętrznym dzieckiem. Czyli samym sobą.

Można przeczytać setki poradników na temat rodzicielstwa, można iść do szkoły rodzenia. Dlaczego nie uczy się tam jak być dobrym rodzicem, tylko pielęgnacji dziecka? Opowiada się o przytulaniu, karmieniu piersią, ale nikt nie mówi: „Pamiętaj, ty jesteś najważniejsza. Żeby być dobrą matką musisz kochać siebie i zajmować się sobą”?

Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Słyszymy: „Nie bądź egoistką”, „Nie myśl o sobie, myśl o innych”.

Poświęcaj się…

Poświęcaj się, a jak już urodzisz dziecko, to zapomnij o sobie. To jest umocowane w przekazie, który głosi Kościół, ale też przeszło do społecznego oglądu – nie ma nic gorszego niż matka egoistka. Ale co to znaczy? Albo: „Poświęć się dla dobra dziecka i żyj z mężem tyranem”, czy: „Żyj w rodzinie dysfunkcjonalnej, żeby dziecko miało rodzinę”. Oczywiście dobrze jest, żeby dziecko miało rodzinę, ale nie za wszelką cenę.

Myślę, że ludzie popełniają różne błędy nie dlatego, że są egoistami i samolubami, tylko zachowują się egoistycznie z powodu różnych deficytów. Bo matka parentyfikująca swoje dziecko, to jest osoba, która czegoś nie dostała. Próbuje podnieść swoją ocenę, próbuje poczuć się ważna kosztem swojego dziecka. Nie jest nasycona dobrą miłością, jest sfrustrowana. Rozwiązuje swoje problemy pod szyldem szlachetnej matki-Polki, nadopiekuńczej, lękowej. To nie dzieje się z miłości, z jej nadmiaru, tylko z deficytu.

Toksyczności rodzą się z niedoboru. Jeśli będziemy siebie kochać, będziemy inwestować w siebie, będziemy zadowoleni, będziemy mieć dużo różnych, dobrych rzeczy, które komuś możemy dać – to nasze dziecko będzie nimi hojnie obdarowywane. Nie będziemy musieli neurotycznie się nad nim trząść i sprzedawać różne swoje negatywne emocje.

Jednym słowem ważne jest, by zacząć od siebie…

Tak. I żeby skończyć z mitem egoizmu i matczynego poświęcenia. Ono oczywiście jest, bo gdy dziecko jest małe nie śpisz po nocach, nie możesz myśleć tylko o sobie. Chodzi jednak o to, że osoba dojrzała do rodzicielstwa została nakarmiona w dzieciństwie akceptacją i pozytywnymi emocjami. Może wtedy zacząć dawać. Dawać z nadmiaru, a nie z niedoboru.

(źródło – interia.pl)