Druga połówka

Druga połówka

Dawno, dawno temu, gdzieś na początku mojej podróży, która w istocie doprowadziła mnie do metamorfozy, poszukiwałam kogoś, kto będzie mi w niej towarzyszył. Co prawda, chcąc być przed sobą absolutnie szczerą przyznaję, że tak naprawdę szukałam przewodnika, kogoś, kto mnie zaprowadzi na wyspy szczęśliwe, wyprowadzi z manowców, w jakich się znalazłam, poprowadzi we właściwym kierunku. Anioł Stróż ewidentnie nade mną czuwał, albo moja awersja do całkowitego podporządkowania się była na tyle silna, że udało mi się uniknąć sideł religijnych, czy duchowych sekt (a tychże różnych maści w naszym kraju wiele), czy też uzależnienia od kogoś, kogo bym wsadziła w buty guru.

Moje poszukiwania skutkowały między innymi wizytami w gabinetach uznanych psychoterapeutek, czy psychoterapeutów. Jedna ze sław na początku pierwszego spotkania, zanim w ogóle dała mi dojść do głosu, zaprezentowała swój psychoanalityczny kunszt skupiając się na fakcie, że przybyłam na nie dziesięć minut przed planowanym terminem. Nie był to strzał w dziesiątkę. Zdecydowanie więcej wglądów w moją pokręconą duszę specjalista ów uzyskałby z obserwacji, że nerwowo poprawiałam opadające pończochy, które założyłam z podświadomej chęci uwiedzenia samczego autorytetu.

Moim problemem w owym czasie, coraz bardziej uświadamianym zresztą, było kochanie za bardzo. Naczytałam się już sporo literatury i zaczęła pojawiać mi się nadzieja na wyjście z impasu, przełamanie destrukcyjnych dla mnie mechanizmów wchodzenia w związki z mężczyznami. A zatem na pytanie psychoterapeuty (gdy wreszcie skupił się na mojej, a nie swojej własnej potrzebie), co chciałabym osiągnąć dzięki psychoterapii, odpowiedziałam, że chciałabym móc być szczęśliwa sama, żebym nie musiała wiecznie poszukiwać drugiej połówki. Ze swojego piedestału wszechmocnego psychoterapeuta zdusił w zarodku moje zapędy rozwojowe. Jego zdaniem moje oczekiwania były wbrew naturze,  czyli – w dzisiejszej nomenklaturze – gwałciły prawo naturalne.

Wiele lat później, już na etapie kształcenia się na psychoterapeutkę, uczestniczyłam w zajęciach z psychoterapii systemowej, prowadzonych przez nestorkę tego nurtu. Na początku specjalistka przedstawiła swoją wizję faz rozwojowych kobiety, podkreślając, że odstępstwa od tego modelu świadczą o niedorozwoju, czyli niedojrzałości, a nawet zaburzeniach. Kobieta rozwijająca się prawidłowo, według tej wizji, powinna po wejściu w dorosłość znaleźć męża, zostać matką, wychować dzieci, a potem realizować się w roli babci (menopauza została przez naturę wymyślona właśnie po to, by pełnienie tej roli ułatwić). Na tyle już wówczas miałam utrwaloną własną prawdę życiową, tak odmienną od prezentowanej przez psychoterapeutkę – nestorkę, że z zajęć wyszłam. Źle się czułam z przypiętą etykietką zaburzonej.

Moja prawda życiowa coraz bardziej osadzała się na solidnym fundamencie przekonania, że mit o drugiej połówce ma korzenie patriarchalne i że jest niezwykle szkodliwy dla rozwoju kobiet, nie pozwala im bowiem dostrzec samych siebie jako istoty pełne, nie daje poczuć siebie w całości. Kobieta, poszukując drugiej połówki, zawsze będzie się czuła wybrakowana, niekompletna, niespełniona, co czyni z niej potencjalną ofiarę uzależnienia od miłości. Tak jak alkoholik, który nie wyobraża sobie życia bez alkoholu, tak ona nie wyobraża sobie życia bez mężczyzny. Skosztowanie trunku grozi jej wpadnięciem w ciąg, kiedy to traci kontrolę nad swoimi zachowaniami w relacji z mężczyzną. Nazywa to – zgodnie z tym, co trąbią naokoło – miłością. Albo z przeświadczeniem o istnieniu sił tajemnych, od niej niezależnych, filozoficznie i z rezygnacją w głosie powiada „rozum swoje, a serce swoje”.

Im dłużej wykonuję zawód psychoterapeutki, tym bardziej umacnia się u mnie zdolność akceptacji innych niż moja prawd życiowych. Akceptacji, czyli przyjęcia do wiadomości, bez osądu, deprecjonowania, czy wyśmiewania, gdy z czymś się nie zgadzam. Nie zawsze mi to jeszcze idealnie wychodzi, ale staram się. Staram się więc zrozumieć kobiety, które podpisują się pod modelem związku jako dwóch połówek. Ponieważ zgodnie z moim przeświadczeniem model ten jest kompatybilny z założeniami patriarchatu, próbuję zgłębić korzyści, jakie kobietom daje rezygnacja z dążenia do bycia całością. Co zyskują, trzymając się przekonania, że mogą być szczęśliwe tylko wtedy, gdy stworzą związek z mężczyzną? Jaki jest powód, dla którego przypisują Bogu męską płeć?

Ten Bóg może mieć różne oblicza. Księcia na białym koniu, który uwalnia księżniczkę z wieży i zabiera ją do swego królestwa. Cierpiącego, szukającego kobiecych kolan, na których mógłby złożyć swoje umęczone ciało. Don Juana, potrafiącego dostarczyć kobiecie najbardziej wysublimowanych rozkoszy. Skurczonego we dwoje starego, z którym baba dzieląc maleńką chatkę wiecznie się kłóci, kto pierwszy umrze. Albo – trywialnie – kogoś, kto daje bezpieczeństwo finansowe i zapewnia godziwy standard życia. Czyli sponsora.

Wiele z tych korzyści wymieniła Robin Norwood w książce „Kobiety, które kochają za bardzo”. Kochanie za bardzo, będące w istocie uzależnieniem od miłości daje kobiecie ucieczkę od jej depresji, której  źródła często tkwią w dzieciństwie. Jest też doskonałym sposobem, by nie zająć się rozwiązywaniem aktualnych, istotnych problemów. „Chaotyczne, lecz barwne i ekscytujące pożycie z „trudnym” mężczyzną dostarcza im dość wrażeń, by zapomnieć o złych nastrojach, które stale czają się w podświadomości. I tak okrutny, obojętny lub przewrotny partner staje się dla nich narkotykiem – kimś, kto pozwala oddalić się od własnego, niespokojnego wnętrza; kimś, bez kogo coraz częściej nie sposób się obejść. Lecz jednocześnie ten sam człowiek jest źródłem innych męczarni, toteż uzależnienie się szybko przybiera postać nałogu. Zostać sama ze sobą – to straszne! To dużo gorzej, niż znosić od kogoś Bóg wie jakie upokorzenia! Bo zostać sama ze sobą to wydać się na pastwę jątrzącego bólu, na który składa się nie tylko przeszłość, ale i aktualny stan rzeczy.”  Kobiety kochające za bardzo często stają się ratowniczkami, wybawicielkami dla swoich partnerów. Realizując swoją kompulsywną potrzebę bycia potrzebną stawiają pomnik ze swojego poświęcenia i cierpienia – czują się ważne, wartościowe. Ale także unikają samotności, pustki wynikającej z braku poczucia sensu własnego życia.  Jest jeszcze jedna, bodaj największa korzyść z trzymania się przez kobietę mitu o dwóch połówkach i – w konsekwencji – kochania za bardzo. To zdjęcie z siebie odpowiedzialności za własne szczęście, za to, jak wygląda jej życie. Trzymanie się strefy komfortu, w której to obecność lub brak „drugiej połówki”,  zachowania mężczyzny w związku – zgodne z jej oczekiwaniami lub nie, słowa, które wypowiada  – te głaskające lub te raniące, decydują o tym, jak kobieta się czuje. A nie ona sama. Wskazanie palcem winnego jej nieszczęścia umożliwia kobiecie zajęcie wygodnej pozycji ofiary.

Mogłoby się wydawać, że osoby, czy placówki oferujące kobietom różne formy rozwoju osobistego dalekie będą od hołdowania mitowi o dwóch połówkach. Nic bardziej błędnego. Wiele z nich proponuje na przykład warsztaty, mające z założenia jeden cel – ułatwienie kobiecie wejście w związek. Weźmy pierwszą z brzegu, znalezioną w Internecie  propozycję – warsztat o tytule nomen omen „Druga połówka” według opisu „przeznaczony dla osób zdecydowanych na znalezienie życiowego partnera”. Zapraszając do uczestnictwa w nim prowadząca pisze: „Od zawsze wierzyłam w istnienie mojej drugiej połówki i nawet po dziesięcioletnim małżeństwie, który zakończył się rozwodem nadal moja wiara nie ustawała, a wręcz zmuszała mnie do zadawania pytań co muszę zrobić, żeby doświadczyć spełnienia w relacji. Odpowiedzi szukałam wszędzie poprzez terapię, pracę z ciałem, coaching, a nawet rozmowy z mędrcami wschodu i szamanami. Ten czas kilkuletnich poszukiwań został wynagrodzony, oprócz  wymarzonego związku odkryłam coś bardzo cennego- świadomość wzorców, które bezwiednie powtarzałam, odkryłam to czego nie chciałam zobaczyć, a co tak naprawdę dominowało mój styl bycia i moje relacje z mężczyznami. Dzisiaj jestem gotowa, aby dalej przekazać swoje doświadczenie i wiedzę”.

Kształcąc się do zawodu psychoterapeuty nauczyłam się, że dawanie osobistych przykładów na potwierdzenie głoszonych tez, traktowanie swojego doświadczenia życiowego jako  wyznacznika jedynie słusznej drogi jest nieprofesjonalne. Zaznaczam jednak, że pochodzę ze szkoły gestaltowskiej. W jej założeniach psychoterapeuta jest towarzyszem klienta, pomagającym mu w dojściu do pozycji świadomego wyboru. Jeśli, kobieto, chcesz podążać drogą poszukiwań „drugiej połówki”, to ja – jako terapeutka – tego nie osądzam, nie proponuję ci lepszej drogi, ale zachęcam do tego, byś była w pełni świadoma konsekwencji swojej decyzji. Ciekawa jestem, czy na tym warsztacie jest o tych konsekwencjach mowa…

Inny warsztat (a w zasadzie w założeniach prowadzącej – szkolenie), pochodzący z bogatego w tradycje festiwalu rozwojowego dla kobiet, zatytułowany „Jak zbudować i utrzymać szczęśliwy związek?” Czytamy w jego zajawce: „Związki partnerskie to czasem dla nas jeden z najtrudniejszych tematów. Kosztują nas wiele emocji, nierzadko bolesnych. Ciężko przeżywamy kolejne rozstania, zastanawiając się: co w nas jest nie tak. Rzadko spotkać można związek, który opanował sztukę kompromisu na tyle, by odnajdywać szczęście we wzajemnym byciu razem i dzielnie stawia czoła codziennym problemom. Relacja partnerska podobnie jak inne relacje funkcjonuje na zasadzie lustra. Oznacza to, że przyciągamy do siebie ludzi, którzy jak najlepsi nauczyciele pokażą nam, z czym powinniśmy się zmierzyć, jakie swoje słabości przepracować. Już zabrzmiało groźnie… Ale wcale tak być nie musi. Przecież możemy sprawdzić, na ile jesteśmy dojrzali do związku. Owa dojrzałość wynika nie tyle z naszej wiedzy o obowiązkach wynikających z założenia rodziny ani też z naszych dobrych chęci, ile z naszego psychicznego bagażu wyniesionego z dzieciństwa i wychowania. W tym bagażu mogą być cenne przekonania, ale i szkodliwe trucizny. Na szkoleniu nauczymy się rozpoznawać swoje podświadome wzorce dotyczące relacji z innymi oraz poznamy sposoby zmiany negatywnych uwarunkowań na pozytywne. Nauczymy się kształtować swoją podświadomość w taki sposób, aby tworzone przez nas związki były pełne dobrych doświadczeń. Wiedza i umiejętności zdobyte na szkoleniu sprzyjają nie tylko tworzeniu dobrych związków, ale także uzdrawianiu tych już istniejących.”

Jak czytam o „rozpoznawaniu podświadomych wzorców”, „zmianie negatywnych uwarunkowań na pozytywne” to z nostalgią wspominam początki uprawianej przez siebie publicystyki. Te słowa – klucze pozwalały mi w prosty sposób wyjaśnić zawiłości ludzkiej psychiki i przedstawić prosty sposób na dążenie do upragnionego szczęścia. Dziś przyznaję, bijąc się w pierś, że to był wygodny – dla mnie i dla odbiorców – bełkot, stanowiący znakomitą ucieczkę przed rozwiązywaniem rzeczywistych, bieżących problemów. Zajęta przepracowaniem swojego dzieciństwa i przekształceniem podświadomości kobieta nie zajmuje się tym, co powinna, czyli wprowadzaniem konkretnych zmian w swoje życie.  Być może jednak istotniejszą – negatywną w mojej ocenie – konsekwencją koncentracji na tworzeniu (i utrzymaniu) szczęśliwego związku w wydaniu proponowanym przez autorkę szkolenia jest przyjęcie przez jego uczestniczkę perspektywy – skoro nie udaje się mi być w szczęśliwym związku, to znaczy, że ze mną jest coś nie tak.

Jeśli pobudką do rozwoju osobistego, udziału w warsztatach, podjęcia psychoterapii jest chęć naprawienia się, to motywacją do zmiany staje się toksyczny wstyd. Zaszczepiony – a jakże –  w dzieciństwie, utrwalony choćby poprzez zaznawaną w relacjach przemoc. Niestety, tę neurotyczną postawę wzmacnia w klientach wielu specjalistów – psychoterapeutów, psychologów, trenerów. Jeśli zamiast zachęty – szukaj własnego sposobu na życie – będą, z pozycji rodzica, go pouczać, radzić, co ma zrobić, strofować, to promują postawę nie rozwoju, a przystosowania się. Przystosowuje się ten, kto czuje się gorszy, ten, kto cierpi na brak poczucia własnej wartości, kogo pokonał toksyczny wstyd. Kobiety szukające drugiej połówki, pogłębiające wiedzę o budowaniu (i utrzymaniu) szczęśliwego związku to takie, które nie czują się wystarczająco dobre, gdy są same. Bo wartość daje im dopiero obecność u ich boku mężczyzny. Te słabe przystosują się w ten sposób, że przyjmą postawę uległą. Te silne wybiorą inną strategię – będą w związku dominować. Jedne i drugie osiągną, choć na krótko, swój cel. Zyskają, dzięki mężczyźnie, poczucie pełni.

Istnieje inna motywacja do tego, by podjąć pracę nad sobą. Nazwać ją można miłością własną, bo jej celem jest pozbycie się, czy osłabienie tego, co nam nie służy, a nabycie, czy wzmocnienie tego, co nam służy. Podejmujemy wysiłek, by lepiej nam się żyło na świecie. Zaczynamy poznawać swoje prawdziwe potrzeby i odróżniać je od deficytów. Budujemy swoją tożsamość a przez to zaczynamy dostrzegać różne sposoby na życie. Wyzwalamy się z pęt stereotypów płciowych. Stając się całością przestajemy rozglądać się za drugą połówką.

A jeśli budujemy relację, związek, to z kimś, kto również całością się czuje. Co jest zdecydowanie trudniejsze, bo na świecie przeważają połówki.

2015-07-24T11:34:20+00:0022/07/2015|PsychoPolemiki|