Eugenia Herzyk
„DDD – Dorosłe Dziewczynki
z rodzin Dysfunkcyjnych”

Świat Książki, 2014
Spis treści

Przedmowa
Wstęp

DOROSŁA DZIEWCZYNKA – DEFICYTY I EMOCJE
Kim jest Dorosła Dziewczynka z rodziny Dysfunkcyjnej?
Zdrowe i niezdrowe zarządzanie emocjami
Dwa oblicza DDD
Kobieta uległa, kobieta dominująca

POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA
Deficyt poczucia bezpieczeństwa
Lęk
Bezwarunkowe poczucie bezpieczeństwa

POCZUCIE KOBIECOŚCI
Deficyt poczucia kobiecości
Wstyd
Bezwarunkowe poczucie kobiecości

POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI
Deficyt poczucia własnej wartości
Złość
Bezwarunkowe poczucie własnej wartości

POCZUCIE MIŁOŚCI
Deficyt poczucia miłości
Smutek
Miłość bezwarunkowa

ROZWÓJ OSOBISTY A PSYCHOTERAPIA
Mity na temat psychoterapii
Psychoterapia Gestalt
Terapia uzależnień
Czy psychoterapia może zaszkodzić?
Wskazówki dotyczące wyboru psychoterapeuty
Różne terapeutyczne formy rozwoju osobistego

Posłowie

Kim jest Dorosła Dziewczynka z rodziny Dysfunkcyjnej?

Alkoholizm rodzica lub rodziców jest jedną z częstszych dysfunkcji rodzinnych, a zarazem łatwo rozpoznawalną. Rozbudowana sieć państwowych ośrodków leczenia uzależnienia od alkoholu i współuzależnienia, a także nagłośnienie społecznych skutków alkoholizmu, dotykających nie tylko osobę uzależnioną, ale również członków jej rodziny powoduje, że dzieci pochodzące z rodzin alkoholowych są otoczone specjalną uwagą i troską. Ma to swoje pozytywne i negatywne skutki. Z jednej strony DDA – Dorosłe Dzieci z rodzin Alkoholowych mają dostęp do bezpłatnej pomocy terapeutycznej, z drugiej jednak ich wyróżnienie marginalizuje problemy innych Dorosłych Dzieci, wyrastających w rodzinach o odmiennych od alkoholizmu dysfunkcjach. DDD – Dorosłe Dziecko z rodziny Dysfunkcyjnej, które nie jest DDA, nie ma co liczyć na bezpłatną pomoc. Ponadto wysunięcie na plan pierwszy problematyki DDA stwarza niebezpieczną pułapkę zaprzeczania jakimkolwiek dysfunkcjom dzieciństwa u tych, których rodzic, czy rodzice alkoholikami nie byli. Czy jednak każde DDA, czy DDD potrzebuje pomocy terapeutycznej? Dlaczego w ogóle ludzie po taką pomoc się zwracają?

W bogatej literaturze na temat DDA spotkać można różnorakie charakterystyki osób, wychowanych w rodzinach z problemem alkoholowym. Podkreśla się, że ciągły stres, w jakim dorastały, przy jednoczesnym braku więzi emocjonalnych z rodzicami spowodował wypracowanie przez nie mechanizmów przystosowawczych, służących przetrwaniu. Mechanizmy te zależą od pełnionej przez dziecko roli (bohater rodzinny, kozioł ofiarny, maskotka, dziecko niewidzialne) i są przenoszone w dorosłe życie, kiedy to, mimo że znika konieczność ich stosowania, wykorzystywane są nadal. Obniża to jakość życia, czyni podatnym na różne emocjonalne zaburzenia i uzależnienia, uniemożliwia tworzenie zdrowych relacji. Niektórzy specjaliści podkreślają, że aby się z tych mechanizmów wyzwolić, konieczna jest trudna, głęboka i długoletnia psychoterapia – i to wcale nie gwarantująca pozytywnych rezultatów. Nie jest to moim zdaniem prawdą.

Według danych PARPA, w Polsce obecnie trzy czwarte dzieci żyje w domach, w których przynajmniej jeden rodzic jest alkoholikiem. Biorąc pod uwagę, że rodzinne dysfunkcje, narażające dziecko na długotrwały stres, oraz uniemożliwiające tworzenie więzi emocjonalnych są efektem nie tylko alkoholizmu rodziców, można wyciągnąć wniosek, że niedługo gabinety psychoterapeutyczne rozmnożą się jak grzyby po deszczu, a klienci z syndromem DDA/DDD będą do nich walić drzwiami i oknami. To, że tak się dotąd nie działo i nie dzieje wynikać może z tego, że kiedyś rodziny były idealne, a ich dysfunkcje są zmorą naszych czasów i rezultatem upadku wartości moralnych, albo z braku świadomości u DDA/DDD swojego problemu, będącego wynikiem typowego dla nich mechanizmu zaprzeczania rzeczywistości. Rozważmy zatem obie możliwości.

Pierwsze wytłumaczenie wydaje się mało możliwe – wystarczy sięgnąć do źródeł historycznych i zapoznać się z drastycznymi sposobami, w jaki dzieci były kiedyś traktowane przez dorosłych. Drugie też jest wątpliwe, ponieważ obecnie DDA, a w ślad za tym DDD, stały się popularnymi etykietkami, pozwalającymi usprawiedliwić życiowe kłopoty – zarówno własne, jak i osób bliskich. Odnoszę wrażenie, że rozpowszechnienie problematyki DDA/DDD wywarło odwrotny od zamierzonego skutek. Zamiast zachęcić do rozwoju osobistego, do wzięcia odpowiedzialności za własne życie, spowodowało ugrzęźnięcie przez wiele Dorosłych Dzieci w błędnym kole poczucia krzywdy i znalezienie wygodnej wymówki, aby tego nie robić. Nasuwa się również wątpliwość – skoro tak wielu ludzi jest DDA/DDD, to dlaczego jedni radzą sobie życiem, są szczęśliwi, a inni nie? Oczywiście, powstaje pytanie, jakie przyjmujemy kryteria „radzenia sobie z życiem”, jakimi normami się kierujemy? Czym dla nas jest szczęście?

Szukając odpowiedzi, zapoznajmy się najpierw z klasycznymi objawami u osób z syndromem DDA/DDD, podawanymi w dostępnych dotąd źródłach:

– niechęć do zmian,

– trudności w kontaktach z innymi ludźmi,

– niezdolność do tworzenia trwałych związków uczuciowych,

– niskie poczucie własnej wartości,

– wrażenie izolacji i niedostosowania.

Jeśli zatem, kobieto, jesteś przebojowa i towarzyska, masz męża i dzieci, osiągnięte sukcesy powodują, że czujesz się wartościowa i podążasz za aktualnymi trendami, powinnaś być szczęśliwa. Gdy natomiast wolisz spokojny tryb życia, jesteś introwertyczką, kobietą samotną, nie masz się czym pochwalić i trudno ci znaleźć coś dla siebie w ofercie kultury masowej, to z góry jesteś skazana na nieszczęście. Ale nie martw się – wystarczy dostosować się do obowiązujących norm kobiety szczęśliwej – i sprawa załatwiona. A jeśli będziesz miała z tym problem, udaj się do psychologa po poradę, ja to zrobić, albo na terapię, na której wzmocnisz tylko swoje przekonanie, że z Tobą jest coś nie tak.

Ten nieco szyderczy ton ma na celu wykazanie, że to nie bycie DDA/DDD, ale uznanie wzorców kulturowych za obowiązujące i chęć dostosowania się do nich często czyni ludzi nieszczęśliwymi. Powoduje, że zamiast żyć własnym życiem, w zgodzie ze sobą i utożsamiać szczęście z poczuciem spełnienia, próbują odgrywać role według napisanego przez innych scenariusza.

My, kobiety, stoimy przed szczególnie trudnym zadaniem, bowiem scenariusz na nasze życie został utrwalony przez tysiąclecia patriarchatu. Dopiero od niedawna, mając te same prawa, co mężczyźni, jesteśmy w stanie go zmieniać, sięgnąć do swojego potencjału i realizować go. Same decydować o tym, jak wygląda nasze życie. Pytanie – czy mamy odwagę to zrobić? Zazwyczaj miotamy się pomiędzy dwoma ekstremami – albo powielamy patriarchalny model kobiety, podporządkowanej mężczyźnie opiekunki domowego ogniska i całkowicie poświęcającej się rodzinie i dzieciom, albo przejmujemy męskie scenariusze, stajemy się kobietami niezależnymi, skupionymi na swoich karierach zawodowych, skłonnymi do podporządkowania sobie partnera i nazywania go „ojcem swoich dzieci”.

Rodzice byli dla nas pierwszymi i najważniejszymi autorytetami. To, jakie wzorce nam przekazali, jak nauczyli radzić sobie z trudnościami, jakie metody wychowawcze stosowali, decyduje o tym, w jakim stopniu stałyśmy się kobietami dojrzałymi, w pełni odpowiedzialnymi za własne wybory i dokonującymi ich świadomie. Dzieciństwo, to niezwykle ważny dla każdego człowieka okres, przygotowujący go do dorosłego życia. Nasze dojrzewanie do dorosłości przebiega kilkuetapowo, od momentu przyjścia na świat rozwijamy się po kolei w następujących obszarach:

poczucia bezpieczeństwa,

poczucia kobiecości,

poczucia własnej wartości,

poczucia miłości.

Jako niemowlęta, a potem małe dzieci nabywamy umiejętność przetrwania, w wieku przedszkolnym i szkolnym uczymy się funkcjonowania w relacjach z osobami tej samej i przeciwnej płci. Potem, będąc nastolatkami zaczynamy określać własną tożsamość i wreszcie, jako młode kobiety wstępujące w okres dorosłości, otwieramy się na doświadczanie miłości. Tak się dzieje, jeśli nasz rozwój przebiega prawidłowo. A jeśli nie – w obszarach tych mamy deficyty.

Ponieważ nie ma idealnych rodziców, każda z nas miała w mniejszym lub większym stopniu dysfunkcyjne dzieciństwo. Nie ma też idealnych warunków, żyjemy w realnym świecie, obfitym w różnorakie wydarzenia i sytuacje, na które, jako dziewczynki, nie miałyśmy wpływu. Reakcją na nie były nasze emocje. Jeśli miałyśmy możliwość wyrażenia ich, jeżeli rodzice je zaakceptowali i wsparli w ich przeżywaniu, jeśli nie obarczyli nas odpowiedzialnością za to, co czują, nabyłyśmy podstawową lekcję zdrowego radzenia sobie z emocjami. A gdy tego zabrakło, gdy nasze emocje, albo niektóre z nich, spotykały się z naganą rodziców, karami przez nich wymierzanymi, gdy nie uzyskałyśmy od nich emocjonalnego wsparcia, gdy zostałyśmy przez rodziców wpędzone w poczucie winy za ich nieszczęście, upokorzone lub zawstydzone, albo całkowicie zostawione same sobie w trudnych dla nas chwilach, jeśli nasi rodzice sami nie potrafili zdrowo zarządzać swoimi emocjami, to w jakimś obszarze jesteśmy niedojrzałe. I na tym tak naprawdę polega istota syndromu DDA/DDD – na nieradzeniu sobie z emocjami.

Dorosłe Dziewczynki z domów Dysfunkcyjnych nie potrafią zdrowo radzić sobie z:

lękiem – jeśli mają deficyty w obszarze poczucia bezpieczeństwa,

seksualnym wstydem – jeśli mają deficyty w obszarze poczucia kobiecości,

złością – jeśli mają deficyty w obszarze poczucia własnej wartości,

smutkiem – jeśli mają deficyty w obszarze poczucia miłości.

Brak umiejętności radzenia sobie z emocjami skutkuje tym, że albo zalewamy się nimi i to one przejmują nad nami kontrolę, odbierając możliwość racjonalnego myślenia i świadomego działania, albo blokujemy je w sobie stosując różne sposoby ucieczki od nich, co uniemożliwia skuteczną komunikację ze sobą, z innymi ludźmi i ze światem.

Ponieważ nie ma idealnego dzieciństwa, każda z nas wyniosła z tego okresu bagaż deficytów, niedojrzałości w poszczególnych obszarach i zablokowanych emocji. I rzeczywiście utrudnia to nam życie. Ale tylko od nas zależy, co z nim zrobimy – czy będziemy go nieść, cierpiąc, czy poszukamy tragarza, który nam w tym pomoże, czy zastosujemy środek przeciwbólowy, by nie czuć jego ciężaru, czy też zechcemy się go pozbyć. Trud rozwoju osobistego polega właśnie na tym, aby ten worek bagażu rozwiązać i zobaczyć, co w nim jest. Powrócić do swego dzieciństwa, przypomnieć sobie krzywdy, jakie świadomie, czy nieświadomie nam zrobiono, traumatyczne sytuacje, których doświadczyłyśmy, poczuć emocje z tym związane i wyrazić je. W tym procesie potrzebujemy kogoś, kto okaże współczucie i zrozumienie dla naszych emocji, zaakceptuje je i wesprze w ich przeżywaniu – psychoterapeuty, który sam wcześniej odkłamał własne dzieciństwo (płeć jest dowolna, dla prostoty używam męskiej formy językowej). Potrzebujemy – jak to zgrabnie ujęła Alice Miller, światowej sławy psychoterapeutka, autorka wielu książek – empatycznego świadka. Ciąg dalszy to przyjrzenie się, jaki wpływ na nasze życie mają powstałe wskutek naszego dysfunkcyjnego dzieciństwa deficyty. Jakie mechanizmy przystosowawcze stosujemy, choć dawno już mogłybyśmy z nich zrezygnować? I dlaczego nie zrezygnowałyśmy – jakie korzyści odnosimy używając ich? Szczere odpowiedzi na te pytania wskażą nasz opór przed zmianami. Kolejny krok – to dostrzeżenie, że ów bagaż deficytów zawiera w sobie olbrzymi potencjał rozwojowy, że krzywdy i traumatyczne doświadczenia można przekształcić w piękne jakości. Gdy nam się to uda, pozostaje ostatni etap – wybaczenie tym, którzy nas skrzywdzili, losowi, że nas tak srogo potraktował, a także sobie. Nie w kontekście zanegowania, tego, co się stało, zapomnienia o tym, czy też zbagatelizowania. Wybaczamy dla własnego dobra, po to, aby uwolnić się od naszej przeszłości, od dysfunkcji naszego dzieciństwa, a tym samym ostatecznie pozbyć się wyniesionych stamtąd deficytów.

Mechanizmy przystosowawcze, które wykształciłyśmy w dysfunkcyjnych domach, aby przetrwać, to w istocie niezdrowe sposoby radzenia sobie z emocjami – poprzez zalewanie się nimi lub blokowanie ich. Dopóki są one skuteczne w dorosłym życiu, nieświadomie je stosujemy. Impuls do tego, aby z tych mechanizmów zrezygnować pojawia się wtedy, gdy przestają one działać, albo negatywne skutki ich stosowania stają się dla nas dotkliwe. Często doświadczamy tego dopiero wówczas, gdy dopadnie nas jakiś życiowy kryzys. Problemy w związku, czy jego rozpad, odejście, zdrada partnera lub jego nałogi, choroba – nasza, czy kogoś z rodziny, doświadczona przemoc, utrata pracy lub stabilności finansowej, wypalenie zawodowe – to tylko niektóre z nich. Kryzysy życiowe i związane z tym emocje są olbrzymią szansą, aby odkryć swoje deficyty i je przepracować, ale – znów – tylko od nas zależy, czy z tej szansy skorzystamy. Takiego impulsu, takiej szansy, nie mają te Dorosłe Dziewczynki, którym wszystko się układa, wiodące ustabilizowane, na pozór szczęśliwe życie. Tym bardziej trzeba doceniać odwagę tych, które z własnej woli zdecydowały się podążać drogą, jak to pięknie określił M. Scott Peck „rzadziej wędrowaną”, drogą osobistego rozwoju, która wcale nie jest łatwa.

Po pomoc psychoterapeutyczną sięgają zazwyczaj kobiety przeżywające kryzys, bądź jego skutki – depresję, nerwice, brak równowagi emocjonalnej, czy różne uzależnienia. W powszechnej opinii to one właśnie cierpią na syndrom DDA/DDD. W wielu przypadkach szukanie przez nie pomocy u specjalistów jest kolejną próbą zdjęcia odpowiedzialności za swoje życie. Oczekują od terapeuty rad, wskazania właściwych wyborów, cudownego lekarstwa, które rozwiąże ich problemy. Zadaniem dobrego psychoterapeuty jest takie poszerzenie świadomości klienta, aby mógł on dostrzec, że cały potencjał rozwojowy tkwi w nim samym. Aby mógł poznać swoje mechanizmy przystosowawcze, utrwalające jego deficyty i dokonać wyboru, czy chce się ich pozbyć. Jeśli tak – dobry terapeuta jest po prostu empatycznym świadkiem, towarzyszącym klientowi w tym procesie. Nie jest to jednak świadek bierny, bo z jednej strony udziela wsparcia, gdy klient tego potrzebuje, a z drugiej – stawia przed nim rozwojowe wyzwania. Nieskuteczność wielu terapii, ich długotrwałość bez widocznych skutków, bierze się przede wszystkim z nieuświadomionego oporu klienta przed wzięciem odpowiedzialności za rozwiązanie swoich problemów i nieumiejętności dostrzeżenia tego oporu przez terapeutę. A także – niestety – z przejęcia odpowiedzialności przez terapeutę za rozwiązanie problemu klienta lub też ustawienia się wobec niego w roli wszystkowiedzącego guru.

(fragment pochodzi z rozdziału „DOROSŁA DZIEWCZYNKA – DEFICYTY I EMOCJE”)