e-book
 

UZALEŻNIENIE OD MIŁOŚCI
Eugenia Herzyk

cykl artykułów opublikowanych w 2008 roku w miesięczniku ODNOWA



Rozdział 6
Balon iluzji

Mądrość zaczyna się od nazwania rzeczy po imieniu – mówi stare chińskie przysłowie. To zadziwiające, jak wiele osób woli tkwić w zbudowanej przez siebie iluzji, niż skonfrontować się
z prawdą. Ucieczka w fantazje daje korzyści – pozwala na
nie zajmowanie się sobą i swoimi problemami. A one nabrzmiewają i, prędzej czy później, doprowadzają do kryzysu.


Miłosnymi fantazjami owładnięte są przede wszystkim kobiety, gdyż, statystycznie rzecz ujmując, to dla nich częściej życiowe spełnienie kojarzy się z rodziną i posiadaniem dzieci. Mężczyźni nastawieni są zwykle na osiągnięcie zawodowego sukcesu, a założenie rodziny często kojarzy im się z ograniczeniem wolności.

Przecież wiedziałaś, że jestem wężem…

Dla kobiety wyjście za mąż bywa sposobem na usamodzielnienie się, zerwanie więzi z – nierzadko toksycznymi – rodzicami. Przez to właśnie każdego mężczyznę, który zwróci na nie uwagę, traktują od razu jako potencjalnego partnera i już na pierwszym spotkaniu widzą „firanki w oknach”.

Przewaga fantazji nad racjonalną oceną jest typowa dla stanu zakochania. W stanie tym, bardzo często utożsamianym z miłością, idealizuje się partnera. Zakochana kobieta, zachłyśnięta swoim szczęściem, nie chce przyjąć do wiadomości faktów. Na przykład takich, że jej partner nadużywa alkoholu, szuka ciągle "haju", ma za sobą kilka nieudanych związków. Wydaje jej się – i woli w to wierzyć – że jak będą razem, on się zmieni. Takie myślenie ma fatalne następstwa. Znakomicie obrazuje to bajka o wężu.

Dawno, dawno temu (a może nie tak dawno, jak nam się wydaje), żyła sobie samotna kobieta. Pewnego dnia, gdy jak zwykle poszła nad płynący nieopodal jej chatki strumień, by zaczerpnąć wody, znalazła w krzakach zranionego węża. Ulitowała się nad nim - wzięła do siebie, opatrzyła jego rany, pielęgnowała, karmiła - i pokochała. Wąż wracał do sił. Kiedyś jednak, gdy nachyliła się nad nim, chcąc pogłaskać, wąż ją ukąsił. Był jadowity. Gdy zwijała się w śmiertelnych męczarniach, ostatkiem sił zapytała go: – Wężu, dlaczego to zrobiłeś? Wiesz, że cię kocham, no i uratowałam ci życie! – Sama jesteś sobie winna, kobieto – odpowiedział – przecież wiedziałaś, że jestem wężem...

Ucieczka od prawdy

Gdyby nie fantazjowanie, wiele kobiet uniknęłoby takiej sytuacji jak Beata. Zakochała się w żonatym mężczyźnie. Opowiadał jej, jaki to jego związek jest do niczego, a żona – okropna. Spotykali się u niej, ona dbała o romantyczną oprawę każdego wieczoru. Była pewna, że spotkała mężczyznę swojego życia. Wkrótce przeprowadził się do niej. Po roku cudownych chwil było jednak zdecydowanie mniej, a ciosem dla niej stało się odkrycie, że jej partner spotyka się z inną kobietą.
Mówi się, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Wdając się w romans z żonatym mężczyzną, Beata zupełnie wyparła prawdę, że obce jest mu słowo „wierność”. Uwierzyła w jego opowieści, zbudowała iluzję, że oto połączyła ich wielka miłość. A on był po prostu typem Don Juana – zdobywcy, niedojrzałego chłopca, niezdolnego do stworzenia trwałego związku.

Ignorowanie prawdy mści się okrutnie na partnerkach uzależnionych mężczyzn - od alkoholu, seksu, narkotyków. Każdy racjonalnie myślący człowiek nie uwierzyłby w zapewnienia kogoś, kto obiecuje, że zerwie z nałogiem, a robi to już po raz dziesiąty. Kobieta, która „kocha za bardzo”, woli żyć swoimi fantazjami, że tym razem on spełni swoją obietnicę. I robi wszystko, żeby pomóc mu wyjść z nałogu. Nie chce uznać prawdy, że – po pierwsze, jej partner musi uznać, że jest uzależniony i podjąć decyzję o walce z nałogiem. Po drugie, że konsekwencją tej decyzji powinno być szukanie przez niego profesjonalnej pomocy. Po trzecie, że walka z nałogiem jest długa
i mozolna, a z dnia na dzień nikt się nie zmienia.

Dlaczego ludzie uciekają od prawdy? Bo to oznacza konieczność działania i podejmowania często bardzo bolesnych decyzji, np. o rozstaniu. Kobieta potrafi wymyślić mnóstwo argumentów, które przemawiają za tym, aby tkwić w związku, w którym nie jest przez partnera szanowana, narażona na przemoc, zdradzana i obrzucana wyzwiskami. Wmawia sobie, że robi to dla dobra dzieci, które powinny mieć ojca, lub że partner bez niej sobie nie poradzi. Albo ona bez niego. Koronny argument to – ja go kocham. W podtekście jest przede wszystkim strach przed wzięciem odpowiedzialności za swoje życie we własne ręce. Kobieta woli zbudować pomnik ze swojego męczeństwa, niż przyznać się przed sobą, że tak naprawdę to ona ma problem, którego rozwiązaniem powinna się zająć. Że jest od swojego partnera uzależniona, ze wszelkimi konsekwencjami, jakie niesie ze sobą nałóg.

Rosnący balon iluzji

Kiedy fantazje zastępują rzeczywistość, życie jest być może piękniejsze, ale do czasu. Napompowany iluzjami balon wreszcie pęka.

Krystyna trafiła na psychoterapię z powodu depresji. Jej bezpośrednią przyczyną, o czym powiedziała terapeutce dopiero po paru miesiącach, było to, że zakończył się jej czteroletni związek z kimś, kto był sensem jej życia. Wstydziła się o tym mówić. Miała czterdzieści dwa lata, była szanowanym chirurgiem, miała męża i dorosłe już dziecko. W małżeństwie nie układało się najlepiej. Mąż ją zdradzał, nie miała z nim żadnego kontaktu emocjonalnego. Poprzez internetowy portal randkowy poznała mężczyznę w podobnym wieku. Wkrótce wyznali sobie miłość. Czuła z nim niezwykłą bliskość, tym bardziej że on miał podobny problem – żonę-potwora, która go zdradzała. Pisali do siebie często o swoich radościach i smutkach. Kochała go i czuła się kochana. Nigdy się nie spotkali. Po czterech latach on przestał odpowiadać na jej maile.

Gdyby ktoś powiedział Krystynie, że ten związek jest wytworem jej wyobraźni, bo tak naprawdę zupełnie nie wie, z kim koresponduje, nie uwierzyłaby. Dopiero terapia sprowadziła ją na ziemię i pozwoliła przekłuć balon iluzji. Krystyna uciekała w fantazje, by nie skonfrontować się z własnym problemem – małżeństwem, które nie dawało jej satysfakcji.

Miłość w sieci

Rozwój Internetu i telefonii komórkowej ma swoje pozytywne skutki – świat stał się globalną wioską, możemy kontaktować się z innymi
w każdym miejscu i czasie. Ale są też skutki negatywne, bo łatwość komunikacji sprzyja tworzeniu relacji i związków opartych na fantazjach.

Kasia, „zdrowiejąca” z nałogu miłości, określiła to tak – "jeden SMS od mojego partnera potrafił spowodować w mojej głowie burzę, wprowadzić w emocjonalny wir, w którym doznawałam euforii lub skręcałam się w bólu."

Kasia była z Arturem dwa lata. Spotykali się dość rzadko, najczęściej w weekendy, bo on mieszkał w innym mieście. W tygodniu pisali do siebie SMS-y. Zapewniał ją o swojej miłości, pisał, że tęskni. Gdy przejeżdżał, zawsze był namiętny seks. Wszelkie podejmowane przez nią próby rozmowy o przyszłości ich związku zbywał słowem: zobaczymy. Nie znała jego rodziny ani przyjaciół. Godziła się z tym, że wyjeżdżał sam na wakacje, bo przecież nie mogła przeszkadzać mu w realizowaniu jego pasji, jaką było nurkowanie. Cieszyła się tym, co ma. Czuła się kochana, sama go kochała, a przecież to było najważniejsze. Gdy zachorowała, pocieszał ją przez telefon, nie miała odwagi, by go poprosić, by do niej przyjechał. Przypadkowo odkryła w jego podróżnej torbie napoczęte pudełko prezerwatyw. Nigdy, będąc z nią, nie używał ich, co dla niej było oznaką bliskości i intymności. Zresztą chciała mieć z nim dziecko. Gdy go poprosiła o wyjaśnienie, zrobił jej awanturę, że grzebała w jego rzeczach. Od tego momentu życie Kasi zmieniło się w koszmar. Gdy nie odpisywał na SMS-y, płakała i cierpiała, podejrzewając, że jest z inną kobietą. Wydzwaniała do niego w dzień i w nocy. On robił się coraz bardziej arogancki. Nie mogąc dłużej tego znieść, postawiła ultimatum, że albo zaczną mieszkać razem, albo się z nim rozstanie. Od tej pory nie ma od niego żadnej wiadomości.

Kasia wyszła z tej relacji poraniona, ale dzięki terapii, na którą się udała z powodu myśli samobójczych, zmieniło się jej podejście do życia. Nauczyła się nawiązywać zdrowe relacje. Zrozumiała, że „partner” to ktoś, kto chce dzielić z drugą osobą życie, a nie ten, który zapewnia w SMS-ach o swojej miłości.

Czarne zawsze jest czarne

Fantazjowania, jako sposobu ucieczki od problemów, uczymy się w dzieciństwie. Kluczowe znaczenie ma tu zachowanie rodziców – czy są na tyle mądrzy, by nazywać rzeczy po imieniu, czy też przekłamują rzeczywistość. Jeśli dziecko widzi, że coś jest czarne, a rodzice mówią mu, że to jest białe, ma do wyboru dwie strategie. Uwierzyć, że prawdą jest to, co widzi, ale wtedy sprzeciwia się swoim rodzicom, ryzykując ich gniew. Albo przyznać im rację i zyskać ich miłość za cenę bycia „grzecznym” dzieckiem. Najczęściej wybiera tę drugą, czego konsekwencją jest to, że przestaje widzieć świat własnymi oczami, widzi go oczami tych, na których miłości mu zależy.

Gdy dziecko konfrontuje się z sytuacjami, które są dla niego przerażające, doznaje traumy. Naturalną obroną jest ucieczka w iluzję, bo prawda jest zbyt bolesna. Rozwijają się w nim mechanizmy obronne, które w życiu dorosłym objawiają się przede wszystkim nieumiejętnością właściwej oceny faktów, przedkładania własnych wyobrażeń nad to, co dzieje się naprawdę.

Skłonność do fantazjowania powoduje, że bardzo łatwo wchodzi się w rolę ofiary. Kobiecie, doznającej przemocy od swojego partnera, wygodniej jest wierzyć, że on ją mimo wszystko, choć po swojemu, kocha, niż przyznać przed sobą, że on kochać nie potrafi. W okresie tak zwanego miodowego miesiąca, gdy jej partner jest troskliwy i czuły, wycofuje swoje oskarżenia o pobicie i z satysfakcją mówi tym, którzy próbowali ją nakłonić do rozstania: widzicie, mówiłam wam, że on się zmieni. Nie dopuszcza do siebie prawdy, że już kilka razy po „miodowym miesiącu” była znów bita i upokarzana.

Więź, jaka łączy ofiarę z oprawcą, jest niezwykle silna, a jej zachowania dla innych wydają się być zupełnie pozbawione sensu, bo ofiara żyje we własnym, stworzonym przez siebie świecie – fantazji i iluzji.

Gdyby tylko on się zmienił…

Jedną z najsilniejszych iluzji, jakie tworzą kobiety, jest wiara w to, że ich miłość do partnera może go zmienić. Cierpienia związane z życiem z „trudnym mężczyzną” przepełnione są frustracją wywołaną brakiem efektów z podejmowanych prób jego przeobrażenia. W postawie kobiety, przyjmującej, że jej szczęście zależy od tego, czy jej wybranek się zmieni, tkwi olbrzymia pułapka. Kobieta zrzuca w ten sposób na niego odpowiedzialność za swoje dobre samopoczucie. Wkładając całą swoją energię w zmianę partnera, bezużytecznie ją trwoni. Nie da się zmienić drugiego człowieka. Partner zmieni się tylko wtedy, kiedy sam będzie tego chciał. I najgorsze jest to, że pomoc kobiety tylko mu to utrudnia. Nałogowiec nigdy nie zobaczy pełni destrukcyjnych skutków swojego uzależnienia i nie podejmie leczenia, jeśli będzie miał przy sobie kobietę, która zawsze wyciąga go z tarapatów.

Gotowość kobiety do podjęcia wysiłku, by zmienić mężczyznę, bierze się z zakorzenionego w naszej kulturze przekonania o niezwykłej sile miłości. Kobieta usiłująca przejąć kontrolę nad życiem swojego partnera w rzeczywistości ma wspaniałą wymówkę, by nie zająć się własnym. Jej wieczne narzekanie i obarczanie mężczyzny winą za swoje nieszczęście jest sposobem na unikanie odpowiedzialności za swój los.

Wyjście z iluzji

Kluczem do wyjścia z każdego uzależnienia jest konfrontacja z prawdą. Dla kobiety, która „cierpi z miłości”, akceptacja rzeczywistości jest równoznaczna z rezygnacją z marzeń o tym, że partnera uda się zmienić. Zrozumienie, że droga do szczęścia nie polega na szukaniu go w innych, ale w sobie.

Akceptacja partnera przez kobietę to przyjęcie postawy, że jego problem nie jest jej problemem, a zatem ani nie powinna, ani nie musi zajmować się jego rozwiązaniem. Paradoksalnie to właśnie akceptacja partnera, a nie podjęcie walki z jego wadami, może być dla niego stymulacją do zmiany. Taka postawa oznacza, że kobieta przebyła już w swoim rozwoju wewnętrznym pewien etap. Jest silniejsza, bardziej dbająca o swoje potrzeby i niezależna. Łatwiej jest jej cieszyć się życiem. Mężczyzna, widząc metamorfozę kobiety, zaczyna się zastanawiać nad własnymi brakami, które przeszkadzają mu być szczęśliwym.

Akceptacja trudnego partnera nie oznacza pasywności, pogodzenia się z losem i swoim cierpieniem. Konfrontacja z prawdą jest warunkiem koniecznym do podjęcia przez kobietę aktywnych działań – rozpoczęcia zmian samej siebie. I tylko takie podejście daje jakąkolwiek szansę uratowania związku, który przeżywa kryzys. Szansę, ale nie pewność. Jednak kobieta, która wzięła na siebie odpowiedzialność za swoje życie, zawsze jest na wygranej pozycji. Bo nawet jeśli związek się rozpadnie, to ona sobie z tym poradzi. Uniknie traumy rozstania i będzie w stanie wieść szczęśliwe życie.

------------------------------------------------------------------

Czy to już jest związek?

Gdy jesteś z mężczyzną już jakiś czas i zastanawiasz się, czy Wasza relacja ma przed sobą szczęśliwą przyszłość, sprawdź, czy spełnione są następujące warunki:

1. Jesteś szanowana przez partnera.
2. Twój partner troszczy się o twoje potrzeby.
3. Często planujecie i rozmawiacie o waszej przyszłości.
4. Macie wspólny system wartości.
5. Macie takie samo zdanie na temat, czym jest zdrada.
6. Udaje się wam osiągać kompromis, gdy dochodzi do konfliktu.
7. Znacie swoje rodziny, przyjaciół i znajomych.
8. Spędzacie razem dużo czasu, robiąc rzeczy, które wam obojgu sprawiają przyjemność.
9. Macie do siebie zaufanie i akceptujecie się nawzajem.


Czy to jeszcze jest związek?

Jeśli zamieszkaliście razem, założyliście rodzinę, ale nie jesteś w związku szczęśliwa, sprawdź, czy jest to związek partnerski, czy też oparty na wzajemnym uzależnieniu. Ten drugi przypadek zachodzi, gdy:

1. Nie jesteś szanowana przez partnera.
2. Twój partner nie troszczy się o twoje potrzeby.
3. Bardzo rzadko planujecie i rozmawiacie o waszej przyszłości.
4. Macie odmienny system wartości.
5. Macie różne zdanie na temat, czym jest zdrada.
6. Nie udaje się wam osiągać kompromisu, gdy dochodzi do konfliktu.
7. Odizolowaliście się, lub jedno z nas, od swoich rodzin, przyjaciół i znajomych.
8. W ogóle lub prawie wcale nie spędzacie ze sobą czasu i nie robicie rzeczy, które wam obojgu sprawiają przyjemność.
9. Nie macie do siebie zaufania i nie akceptujecie się nawzajem.

------------------------------------------------------------------

HISTORIA PRZYPADKU
Budzę się z letargu

Między Elżbietą a mężem dochodziło bez przerwy do awantur. Nie miała znikąd pomocy – ojciec pogrążał się w alkoholizmie, matka – w depresji, a siostra skupiona była na problemach we własnym związku. Widziała, jak z powodu jej stanu cierpią dzieci.

Elżbieta zdecydowała się na wizytę u psychoterapeuty, gdy chaos w jej głowie był nie do zniesienia. Czuła złość do całego świata, gnębiło ją poczucie winy wobec męża, że coraz bardziej myśli tylko o sobie. Choć zarabiała dwukrotnie więcej od niego, rozliczała się przed nim z każdego wydatku. Ostatnio, w tajemnicy przed nim, kupiła sobie bluzkę za sto pięćdziesiąt złotych. Miała też poczucie winy wobec rodziców, bo unikała z nimi kontaktów.

Po dwóch miesiącach psychoterapii, na której wciąż szukała odpowiedzi na pytanie, co ma zrobić, by uratować związek, Elżbieta zrobiła olbrzymi krok na drodze do swojego zdrowienia. Oto, co powiedziała terapeutce:

"Wreszcie dociera do mnie prawda i dlatego tak się miotam. Nie chcę jej przyjąć, bo jest dla mnie straszna.

Mój mąż od początku notorycznie mnie zdradzał. Znajdowałam liczne na to dowody, ale bagatelizowałam je. Z innymi kobietami nawiązywał kontakty przez Internet, pisząc: „jestem żonaty, mam dwoje dzieci, ale żony od dawna nie kocham, szukam seksu bez zobowiązań…”. Kiedy to odkryłam, bardzo bolało, ale mu wybaczyłam. W sobie znalazłam dużo winy – że ciągle zrzędzę, że nie dbam o siebie.

Dogadzałam mu we wszystkim, ale jemu wciąż było źle. Gdy byłam w pierwszej ciąży, poniewierał mną – wyzywał, zmuszał do seksu. Godziłam się na to wszystko z miłości do niego. Często stosował szantaż emocjonalny – że jak mi się nie podoba, to mogę odejść, tylko żebym nie liczyła na jakąkolwiek jego pomoc. Na imprezach adorował inne kobiety, na mnie nie zwracał uwagi. Choć uważana jestem za ładną, przy nim czułam się koślawa i szpetna. Nałogowo oglądał pornografię i z czasem to go bardziej pociągało niż seks ze mną. Przy pierwszym dziecku wszystko znosiłam w milczeniu, wciąż miałam nadzieję, że on się zmieni.

Ale kiedyś coś we mnie pękło. Nie mogłam tak dalej żyć. Zapisałam się na studia, to mi chyba dodało pewności siebie. Zaczęłam mu się stawiać. Gdy on krzyczał, ja też krzyczałam. Gdy byłam w ciąży z drugim dzieckiem, awantura była tak głośna, że aż sąsiedzi pukali w ścianę.

Potem nie było tak źle, mąż zaczął się inaczej zachowywać. Nie byłam już uległa, zaczynałam być sobą i nie zwracałam tak na niego uwagi. Skupiłam się na swojej pracy i dzieciach. Gdy dostałam możliwość dodatkowego zarobku, mąż nie oponował. Szybko odniosłam sukces, zaczęłam przynosić do domu coraz większe pieniądze. Przestałam pytać męża o wszystko. Kiedy zobaczył, że wymykam mu się spod kontroli, zaczął coraz bardziej cisnąć. Ale ja już wtedy wierzyłam w siebie i nie poddałam się jego presji. Role się odwróciły – teraz mąż bardziej zajmował się dziećmi, mnie coraz częściej nie było w domu, bo moja praca wymagała częstych wyjazdów. Wydawało się, że jakoś to wszystko się ustabilizowało.

Ale mąż zmienił pracę i towarzystwo, no i zaczęło się znowu jego imprezowanie. Dowiadywałam się, że baluje z innymi kobietami. Wracał pijany, raz mnie uderzył. Zaczęłam się go bać. To było rok temu. Powiedziałam o wszystkim teściom. Mąż uspokoił się na chwilę. Ale szybko wszystko wróciło do „normy”.

Dziś wiem, że muszę być bardzo chora, bo żadna zdrowa kobieta nie jest z kimś, kto ją zdradza, upokarza i bije. Z kimś, kto znęca się nad nią psychicznie, jest niedostępny emocjonalnie i kto nie potrafi kochać. Kto jest uzależniony od seksu i od alkoholu. Stwierdziłam, że jest ze mną bardzo źle. Po pierwsze dlatego, że na to wszystko się godziłam, po drugie – że, choć teraz umiem nazwać prawdę, nie potrafię od niego odejść. I nienawidzę tej nadziei, która wciąż we mnie tkwi, że on się zmieni.

Nie wiem, co dalej będzie, ale nie chcę powrotu do tego, co było. Nie chcę więcej tej obsesji, w którą ostatnio wpadłam, że sprawdzałam jego telefon, pocztę, chciałam śledzić. Wiem, że jeśli będzie chciał mnie zdradzić, i tak to zrobi, a ja na to nie mam żadnego wpływu. On jest panem samego siebie. Ja nie mam z tym nic wspólnego.

Dotarło do mnie, że on mnie nie kocha. Ale uświadomiłam sobie też, że ja również go nie kocham. Czasem go nienawidzę, czasem się go brzydzę. Jestem przesiąknięta zgorzknieniem i złością. Dokuczam mu i dręczę. Pokazuję, gdzie jest jego miejsce.

Tego też nie chcę. Wiem, że nie da się odbudować naszego małżeństwa. Najważniejsze dla mnie stało się moje własne wyzdrowienie.

Chcę się wyzwolić ze swojego uzależnienia i poznać swoje prawdziwe „ja”. Na razie to bardzo boli, ale wierzę, że kiedyś przestanie. "

(ODNOWA nr 9 z 2008 roku)

przejdź do następnego rozdziału >>